„The Circle. Krąg” [RECENZJA]

Przyjemność obcowania z Kręgiem sprawiała mi ból. Oglądałem z zainteresowaniem, jednocześnie pod nosem wyklinając twórców i wątpliwą jakość ich dzieła.

James Ponsoldt postanowił zestawić ze sobą dwa światy: pierwszy, oparty o dążenie do najefektywniejszego wykorzystania swojego potencjału, doskonałej transparentności, którą możemy osiągnąć bezgranicznie otwierając się na innych za pomocą Internetu i mediów społecznościowych, i drugi, polegający na pielęgnowaniu klasycznego obrazu rodziny, wspólnych wypadów na łono natury, samotnych podróży kajakiem. The Circle miał ukazać nie tylko różnice dzielące te dwie wizje, ale także przestrzec przed wszechobecną cyfryzacją. Szkoda, że się nie udało.

Krąg przeraża, zarówno pod względem wykonania, co niestety klasyfikuje ten film jako jedno z moich największych rozczarowań, ale także fabularnie. Opowieść skupia się na losach Mae Holland (Emma Watson), młodej pracownicy, która dzięki znajomości (i szczypcie szczęścia) trafia do potężnej informatycznej korporacji Krąg, która już wkrótce ma całkowicie odmienić jej życie.

Pracownicy Kręgu, oprócz wykonywania czynności obowiązkowych, są także w swoisty sposób rozliczani z dodatkowych aktywności, do których należy zacieśnianie więzi społecznych, udzielanie się wewnątrz intranetowej sieci przedsiębiorstwa i ogólnie rozumiana integracja, prowadząca do coraz większego otwierania się na współpracowników. Priorytetem dla Kręgu jest dążenie do inwigilacji obywateli na skalę globalną, od codziennych czynności, na polityce, wyborach czy zdrowiu kończąc. Początkowo Mae spotyka tajemniczego Ty (John Boyega), który wyraża obawy dotyczące przyszłości firmy, okazuje się on też personą znacznie ważniejszą niż początkowo mogłoby się to wydawać.

Podczas seansu przez ekran przewinie się kilka pozornie ważnych postaci: Bailey (Tom Hanks), twarz i jeden z decydentów Kręgu. Annie (Karen Gillan) przyjaciółka Mae i także jedna z wyżej postawionych pracownic korporacji, która zażywając narkotyki stara się nadążyć za natłokiem obowiązków, czy w końcu Mercer (Ellar Coltrane), kolega z dzieciństwa, który teraz durzy się w bohaterce. Ich historie mogłyby poruszać, wywoływać w widzu skrajne emocje i stanowić solidny fundament pod debatę dotyczącą wymienionych na początku przeciwstawnych światków. Jednak twórcy nieumiejętnie postanowili wykorzystać ich, kreując pseudo zwroty akcji, które nie wywołają nawet drgnięcia powieki.

Po prawdzie do połowy filmu pojawia się tyle fabularnych niejasności i pytań, że chyba nikt z widzów nie wierzy, że twórcom uda się to jeszcze jakoś uporządkować i wyjść z tego nie straciwszy twarzy. Na ekranie absurd goni absurd. Pomysł ambitny, jednak sprowadzony do tego, że szara myszka Mae nie dość, że staje się punktem zapalnym całego ciągu krytycznych przemian w firmie, to jeszcze ostatecznie stanowi ich rozwiązanie i doprowadza do sprowadzenia całości na ten właściwy tor. Innymi słowy, następujące po sobie wydarzenia są tak odrealnione, że z trudem mieszczą się w głowie.

Kolejnym absurdem jest główna bohaterka, która nawet jeśli miewa momenty, w których zdarza się jej zwątpić w idee przyświecające jej pracodawcy, to ostatecznie staje się jej twarzą. Jej intencje pozostają jednak niejasne. Watson, nawet jeśli stara się grać osobę postawioną przed koniecznością wyboru, to nie sposób uwierzyć w jej wewnętrzne rozterki. Świat, w którym się znalazła, akceptuje na zawołanie, i nawet gdy popełnia on ogromny błąd, ona dalej wierzy w prezentowane przezeń ideały.

Ostatecznie twórcy wypracowali jakieś tam zakończenie, jednak wszystkie wątki poboczne, pytania, niejasności zostały odrzucone i pozostawione bez wyjaśnień i odpowiedzi. Poznajemy postaci takie jak wspomniany Ty, które początkowo można uznać za kluczowe dla rozwoju akcji, lecz stopniowo zdajemy sobie sprawę, że równie dobrze mogłoby ich nie być – ot taki zapychacz.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Narzekam i narzekam, jednak muszę przyznać, że pomysł na film zasługuje na pochwałę. Obecnie kina zalewane są przez wszelkiego rodzaju uniwersa, kontynuacje, spin-offy, prequele i temu podobne wybryki natury. Świeżość więc jest na wagę złota. Oglądając Krąg w kinie do niemal samego końca czułem się pochłonięty fabułą, może gdyby zakończenie i marne zwroty akcji zostały napisane i zrealizowane lepiej, film zasługiwałby na przyzwoitą ocenę.

Oglądając Krąg nie nudziłem się nawet przez chwilę, intrygowała mnie wizja korporacji i świata, do którego dąży. Fabularne dziury i kiepskie wykonanie schodziły na drugi plan. Po seansie, kiedy fale emocji opadły, nie pozostało już nic wartego wspomnienia. Świeżość to zdecydowanie zbyt mało, żeby móc polecić ten film.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina