„The Florida Project” [RECENZJA]

Pełna empatii i optymizmu opowieść o tragedii ludzi, którym przyszło żyć w Stanach Zjednoczonych drugiej kategorii: pozbawionych szansy na lepsze jutro.

Bohaterowie filmu „The Florida Project” składają się z wielu małych puzzli, które połączone ujawniają ich tragedię, tak pięknie ukrytą pod pojęciem amerykańskiego snu. Horatio Alger mylił się, twierdząc, że dzięki ciężkiej pracy zawsze osiągnie się bogactwo, jakie one by nie było. Obraz Seana Bakera zdaje się dobitnie to potwierdzać.

Amerykański sen nie istnieje i nigdy tak naprawdę nie istniał, umarł nim na dobre zdążył się narodzić. Udowadnia to sześcioletnia Moonee (Brooklynn Prince), która szczęśliwie żyje wraz z matką i przyjaciółmi na Florydzie w motelu „Magic Castle”, położonym na obrzeżach parku Disneyland. Mała psotnica nie tylko lubi pakować się w kłopoty, jest także pyskata i bezczelna. Większość cech ma po swojej mamie, młodej Halley (Bria Vinaite), która stara się związać koniec z końcem. Dziewczyna nie dostrzega problemów, które nękają otaczających ją ludzi, jednak nawet jej sielanka nie może trwać wiecznie.

Drugim bohaterem dramatu jest Bobby (Willem Dafoe), zarządca motelu „Magic Castle”, który nieustannie musi ścierać się z niekończącą się falą problemów związanych z pełnieniem tej zaszczytnej funkcji. Pozornie wymagający, stojący ponad innymi mieszkańcami tak naprawdę i on ma nad sobą pana z batem. Bobbiego dręczą także jego własne koszmary, niekiedy stanowczy, innymi razy bezsilny zdaje się, że już pogodził się ze swoim losem. Nie pozostało mu nic innego, jak kurczowo się go chwycić, pilnując, by utrzymać się na powierzchni, podczas gdy inni na jego oczach toną. Odrobina empatii, pogodny uśmiech, to wszystko co może im zaoferować.

„The Florida Project” z pozoru składa się z niepowiązanych ze sobą scen, mało się w nim dzieje, widzowie nawykli do blockbusterów rodem z Hollywood mogą czuć się rozczarowani. Po prawdzie jednak nie jest to minus, co więcej, uważam to za ogromny atut obrazu Bakera. Przygody Moonee i jej przyjaciół to samo życie, które także potrafi być chaotyczne i powierzchownie nieciekawe, jednak gdy przyjrzymy się bliżej, utożsamiamy się z bohaterami okazuje się, że to jedna z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających opowieści ostatnich lat.

Baker od samego początku daje nam subtelne wskazówki sugerując, że jego opowieść nie zakończy się dobrze. I tak z biegiem historii obserwujemy małe dramaty, które w różnym stopniu oddziałują na bohaterów, a każda z tych opowieści jest ważna, każda postać dostaje swoje pięć minut. Z drugiej strony Floryda skąpana jest w promieniach słońca, jaskrawe kolory zdają się tętnić życiem i dobrą energią, uśmiechy dzieci napawają widza optymizmem. I ostatecznie to zestawienie tych dwóch światów zdaje się dopełniać całości.

Zarówno Bobby ze swoją dojrzałą, przyozdobioną bruzdami twarzą, wytartymi dżinsami jak i Moon uśmiechnięta, rozbrykana z milionem przygód do przeżycia, oboje są odbiciem ludzkiej tragedii, jedyne co ich dzieli to czas, dla niego życie już się dokonało, w jej przypadku dopiero czeka, by o sobie przypomnieć, a póki co, daje jedynie niewyraźne sygnały. „The Florida Project” nie jest dla każdego, to dobry film z głębokim przesłaniem, który opowiada o trudzie bycia, istnienia w motelach wprost z fałszywych reklam o jakże pociesznych nazwach „Magic Castle” czy „Futureland”.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Kina Nowe Horyzonty