The xx – I See You [RECENZJA]

Cztery lata. Tyle Jamie xx i spółka kazali czekać swoim fanom na kolejny album. Tak długi post sprawić może jednak, że człowiek zaślepiony euforią powrotu czegoś, za czym tęsknił, może zupełnie zatracić się w euforii i nie rozpoznać, że wraca coś zupełnie niezmienionego – pisze Patryk Rudnicki.

I See You czerpie garściami z pierwszego albumu grupy. Taką tendencję wykazywał już Jamie xx w swoim solowym krążku, wyraźnie zwracając się w stronę rytmów i brzmień, które pokuszę się określić mianem wręcz uniwersalnych. Czemu? Bo nadają się zarówno do klubu, gdzie ciało zamiast rezonować z dźwiękiem z głośników zaczyna tworzyć harmonię. Jednocześnie cała płyta nadaje się do odpalenia na długi, zimowy, samotny wieczór, bo sprawia, że herbata w kubku nie stygnie, a dym z papierosa unosi się wolniej. Ciężko mi to opisać, ale utwory, które mnie dobiegały ciężko było wpisać w jakąś jedną jasną sytuację.

Jednocześnie przyznam jedno. Pomimo radości jaka w człowieka weszła, gdy mógł po czterech latach posłuchać tej trójki z Londynu, już po pierwszym przesłuchaniu szczególnie zdobyły mnie trzy utwory. Pierwszym jest Replica, piękny podkład, piękny wokal, świetny tekst i tak przez jeszcze kolejne dwa utwory na płycie. Kolejne z kolei to Brave for you. Tutaj zdecydowanie utwór zdobył mnie tekstem, bo po bicie z Replici i kolejnego kawałka nic nie jest w stanie mnie zadowolić. Teraz moim zdaniem utwór najlepszy z tych dziesięciu, jakie znalazły się na krążku. Co najlepsze, można było się z nim osłuchać już przed premierą płyty. Pierwsza płyta The xx miała swój Night Time, po którym sądziłem przez długi czas, że lepszego utworu od nich człowiek nie uraczy. Aż nie przyszła pora na On Hold.

Tekst, wokal i ten bit po refrenie sprawiający, że zamykam oczy i płynę. Czegóż chcieć więcej? Napisałem wcześniej, że I See You czerpie mocno z pierwszej płyty zespołu. Otóż można by stwierdzić zatem, że The xx odgrzewa starego kotleta, nie zaskakuje, nie sprawia tego wrażenia wow, jakie wywołało xx. Wygląda to zgoła inaczej. Nie wyobrażam sobie albumu, który tak wyraziście wpisuje się w stylistykę prezentowaną wcześniej przez zespół, jednocześnie będącego zagranym przez niego jak nigdy dotychczas.

Autor | Patryk Rudnicki