Ostatni Rycerz jest dokładnie tym, czego oczekiwali fani filmowych Transformersów: niczym mniej, niczym więcej – pisze Patryk Wolny.

Michael Bay konsekwentnie, już po raz piąty, serwuje nam dokładnie taki sam zestaw atrakcji: wielkie roboty, wybuchy i niekończąca się akcja. Wszystko i nic zarazem. Ostatni Rycerz dobitnie udowadnia, że jakakolwiek próba zrozumienia historii nie ma najmniejszego sensu. Mnogość wydarzeń, które obserwujemy na ekranie przypomina jeden śmietnik, do którego bezmyślnie powrzucano wszystko, co tylko było w zasięgu ręki.

I mam tutaj na myśli dosłownie wszystko, w piątej odsłonie Transformersów odnajdziemy elementy Szybkich i Wściekłych, Parku Jurajskiego, Króla Artura, jego okrągłego stołu i oczywiście Merlina, który ma pod swoją komendą mechanicznego smoka złożonego z innych robotów. Wszystko ładnie dopełniają naziści i nawiązanie do Hitlera, starożytne bóstwo z odległej planety, które teraz chce wyssać ziemię, by odzyskać swoje siły. Nie powinno więc nikogo dziwić, że pojawia się nawet motyw odwołujący się do początków istnienia, kiedy kontynenty nie były rozrzucone, ale stanowiły spójną masę z Stonehenge’em umieszczonym dokładnie w jej centralnym punkcie.

Nie jestem przekonany, czy ktokolwiek z widzów przybył do kina, by poznać dalszy ciąg historii Autobotów i Deceptikonów. Scenariusz przypomina istny bałagan, który może i na początku jeszcze da się zrozumieć i jakoś uporządkować, jednak wraz z postępem (dziecięcy smok-transformers pierwszy raz ziejący ogniem) zaczyna przypominać to karkołomne zadanie niewarte zachodu.

Najprościej ujmując Cade Yeager (Mark Wahlberg), został wybrany przez transformersa, jednego z pradawnych strażników, na powiernika (następcę rycerzy okrągłego stołu) pewnej pieczęci, która do teraz nie wiem dlaczego była taka ważna. Jednak przedmiot ten niezbędny jest do pozyskania potężnego artefaktu: Włóczni, która może odmienić losy świata. Tutaj z pomocą przychodzi samotna (co jest podkreślane) oksfordzka profesor (Laura Haddock), która jako jedyna (jest potomkiem Merlina) może posiąść wspomniany artefakt. Całość łączy ze sobą brytyjski lord (Anthony Hopkins), a pod nogami plącze się jeszcze młoda Izabella (Isabela Moner), która w filmie jest całkowicie zbędna.

Sir Anthony Hopkins, znakomity aktor, który wykreował takie postaci jak: Hannibal Lecter, James Stevens czy doktor Frederick Treves, wciela się w starszego lorda, który jest cool, przeklina swojego mechanicznego lokaja i zachowuje się jak stetryczały komik. Nawet jeśli mój opis Edmunda Burtona, w którego się wcielił jest nieco przerysowany, to dalej uważam, że jest to rola zdecydowanie poniżej jego aktorskich kompetencji.

Na zakończenie słów kilka o efektach komputerowych, bo to tylko dzięki nim i dynamicznym scenom batalistycznym ten film unosi się jakoś nad powierzchnią. Elementy te zachwycają i przyciągają ludzi do kina. Ogląda się to bardzo przyjemnie, jako wizualną ucztę i dobry film na odprężenie się i zrelaksowanie. Bay nie wymaga od widza, by ten zagłębiał się w meandry opowiadanej historii, wierzę, że gdyby nawet oglądać Ostatniego Rycerza w niezrozumiałym dla odbiorcy języku, całość bawiłaby równie dobrze.

Przyznać muszę, że bawiłem się dobrze, jednak jednocześnie uważam, że Transformers: Ostatni Rycerz to jeden z najgorszych blockbusterów tego roku. Wygrywa tym, że jest dokładnie taki jak być powinien: efekciarski.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina