Już pierwsze dwa dni 5. edycji American Film Festival dostarczyły widzom wrocławskiej publiczności tylu wrażeń, że spokojnie wystarczyłoby ich aż do kolejnej odsłony T-Mobile Nowych Horyzontów. I nie chodzi tylko o wrażenia filmowe – wszak nie każdy festiwal odwiedza sam… Barack Obama, nie w każdym kinie można zobaczyć utalentowanego perkusistę grającego na żywo. Stowarzyszenie Nowe Horyzonty – organizator AFF – po raz kolejny zadbało o to, by widzowie odwiedzający festiwal poczuli atmosferę prawdziwego święta kina.

Prezydent USA oczywiście nie wziął udziału w gali otwarcia osobiście, ale szczęśliwcy, którym udało się nabyć bilety na to wydarzenie mogli podziwiać niesamowite podobieństwo Louisa Ortiza, bohatera dokumentu „Obama z Bronksu”, do amerykańskiego przywódcy. Otwarcie festiwalu, które przebiegło w bardzo sympatycznej atmosferze, miało jednak tylko dwóch głównych bohaterów – to Miles Teller i J.K. Simmons, duet aktorów ze znakomitego „Whiplash”, opowiadającego o elektryzującej relacji utalentowanego młodego perkusisty i jego nauczyciela-tyrana. Skąpany w jazzowych dźwiękach najwyższej próby, dzieło Damiena Chazelle’a serwuje całą gamę intensywnych doznań – pasję, gniew, ból, smutek, euforię. W finałowej sekwencji chemia pomiędzy aktorami wręcz rozsadza ekran, czyniąc z „Whiplash” idealnym filmem na otwarcie festiwalu. Impresyjny występ Seana Noonana, perkusisty niezwykle ekscentrycznego i ekspresyjnego, był nader adekwatnym podsumowaniem tego intensywnego, muzyczno-filmowego wieczoru.

Drugi dzień AFF to już pełny festiwalowy repertuar, czyli 27 seansów w 9 sekcjach – kłopot bogactwa przyprawiający o ból głowy widza muszącego wybrać z tego zbioru zaledwie kilka projekcji. Pokazano aż 11 filmów z konkursowej sekcji Spectrum, w tym roku wyjątkowo interesującej i mocno obsadzonej. Hitem festiwalu może okazać się „Obvious Child” Gillian Robespierre, podejmującej temat niechcianej ciąży i aborcji w konwencji nieco wulgarnej, choć przezabawnej komedii. Wieść niesie, że Jenny Slate, odtwórczyni głównej roli, może być nową twarzą amerykańskiego kina niezależnego. Twarzą – dodajmy – bardzo charakterystyczną i sympatyczną.

„Ping Pong Summer” to propozycja dla tych, którzy nie mogą pogodzić się ze świadomością, że lata 80-te już dawno minęły. Jako zdeklarowany wyznawca kiczowatej stylistyki przedostatniej dekady XX w. czerpałem niesamowitą przyjemność z odkrywania w filmie Michaela Tully’ego kolejnych nawiązań do filmów z tamtego okresu, od serii „W krzywym zwierciadle” po „Karate Kid”. Strzałem w dziesiątkę było zatrudnienie do roli matki głównego bohatera Lei Thompson, którą większość widzów kojarzyć będzie z „Powrotu do przyszłości”, jednej z kultowych trylogii lat 80-tych. W „Ping Pong Summer” jest wszystko – obciachowe stroje, czadowa muzyka, gumy balonowe i do bólu przerysowane postacie. Słowem – wszystko, co kochamy w filmach z tamtych lat!

Zawiedzeni mogą być ci, którzy wybiorą się na „Świętsze od aniołów” A.J. Edwardsa – film, który bardzo chciałby udanie nawiązać do stylu Terrence’a Malicka, a który jest ledwie imitacją najbardziej oczywistych rozwiązań stosowanych przez uznanego reżysera. Występujący tym razem w roli producenta twórca odciska piętno na dziele swego współpracownika, co widać przede wszystkim w pseudopoetyckich zdjęciach i wykorzystaniem światła w filmie. Edwards portretuje dziecięce lata Abrahama Lincolna, lecz choć udaje mu się uciec od nachalnego biografizmu, wpada jednocześnie w sidła metafizycznej przypowiastki, w której każdy element świata przedstawionego nabiera magicznego wymiaru.

Udanie zakończyli drugi dzień American Film Festivalu ci, którzy zdecydowali się na seans „Zniknięcia Eleanor Rigby” Neda Bensona. To ostatnia część specyficznej trylogii, w której reżyser ukazuje pełną emocjonalnych wstrząsów historię rozpadającego się małżeństwa z trzech perspektyw: jego, jej oraz ich. Choć nie zapoznałem się wcześniej z dwoma indywidualnymi spojrzeniami na tę historię, ostatnia część tryptyku wydaje się być kompletna, choć bardzo chimeryczna. Zarówno w warstwie formalnej, jak i narracyjnej „Zniknięcie…” jest dziełem rozedrganym, niespójnym, ale chyba nie mogło być inaczej. Film Bensona wpisuje się bowiem w konwencję antyromansu w rodzaju „Zakochanego bez pamięci” czy „Blue Valentine”, które zastosowanymi środkami filmowymi nawiązują do emocjonalnych turbulencji, spowodowanych uczuciowym kryzysem. Świetne kreacje Jessiki Chastain i Jamesa McAvoya, okraszone pięknymi zdjęciami i fenomenalną muzyką, wynagradzają widzom sztucznie brzmiące dialogi i pretekstowe postaci drugiego planu.

Co dalej? Długo by wymieniać. Intrygujące „O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu”, wspaniałe „Mapy gwiazd” z nagrodzoną w Cannes kreacją Julianne Moore i szereg doskonałych dzieł Orsona Wellesa, z „Damą z Szanghaju” i „Obywatelem Kanem” na czele. A jest przecież także retrospektywa mistrza nastrojowych dialogów, Whita Stillmana, a także bogata sekcja dokumentu, w której nie można przegapić „Po prostu życie” o życiu genialnego krytyka filmowego, Rogera Eberta. Jest także głośny „Foxcatcher” Bennetta Millera, „Manglehorn” z powracającym do formy Alem Pacino, jest „Fargo” – w wersji pełnometrażowej i serialowej – i… całe mnóstwo doskonałych dzieł filmowych, z których każde ma do zaoferowania widzom coś innego. Na co się zdecydować?

Przy tak wysokim i wyrównanym poziomie festiwalowego repertuaru niemal każdy wybór będzie dobry.

American Film Festival trwa do niedzieli w Kinie Nowe Horyzonty.

Autor | Dawid Myśliwiec
Zdjęcia |  BTW photographers Maziarz/Rajter

aff_logo