Trudno wymienić wszystkie, trudno wymienić także te które wpłynęły na moje muzyczne spojrzenie choćby w ostatnim miesiącu. Bo tak to właśnie wygląda. Muzyka ma na nas wielki wpływ. Często jesteśmy tego nieświadomi, dopóki nie zastanowimy się dwa razy. Muza nas podkręca, stymuluje do działania.

Szkoda tylko, że nie ziściła się myśl Hendrix’a, który w wywiadzie telewizyjnym pod koniec lat 60-tych przewidywał, że politycy będą musieli polegać na muzyce w kontakcie z elektoratem. Jak widać wystarczy słowo. A muzyka na szczęście zarezerwowana jest dla wyższych stanów ducha.

ETAP I – WCZESNE LATA

Chciałoby się dodać: „cudowne lata” – przywołując na myśl wspaniały serial emitowany w telewizji polskiej w latach 90-tych.

Zbudowany tym wspaniałym klimatem udałem się na pierwsze w życiu warsztaty muzyczne. Była to Letnia Akademia Jazzu w Krakowie. Decyzja o spędzeniu wakacji właśnie w ten sposób okazała się najlepszą. Tam poznałem moich muzycznych przyjaciół, których znam do dziś i właśnie tam uzyskałem kontakt z muzyką, która wywarła ogromny wpływ. Po pierwsze wśród uczestników warsztatów zapadła moda na odtwarzanie przy każdej możliwej okazji piosenki Michaela Jacksona – „Lady in My life”.

Utwór ten stał się niepisanym hymnem warsztatów za sprawą jednego z uczestników. Wykonywał tę piosenkę obsesyjnie kilkadziesiąt razy dziennie. Na pobudkę, na rozgrzewkę, przed zajęciami, w czasie przerwy obiadowej, przed zajęciami zespołowymi i oczywiście w trakcie nocnego jam session. O dziwo nikt nie miał jej dość. Po prostu radośnie się przyłączaliśmy. Widocznie ta piosenka ma tak niewyobrażalny ładunek energetyczny i nie sposób się doń nie wzruszyć.

ETAP II – JAZZZZZZZ

Na tych samych warsztatach po raz pierwszy w życiu usłyszałem album Chicka Corea – „Paint the World”.

Album nagrany w 1993 – bardzo ważnym roku dla muzyki w ogóle, bo w tym samym roku objawili się światu ważnie artyści – NIRVANA, SOUNDGARDEN, prawdopodobnie PRODIGY. Wtedy ziemia musiała pulsować w niezwykły sposób, bo dzieła tych artystów porwały cały świat. To samo w tamtym momencie zrobił ze mną Chick. Wciągnął w świat jazzu elektrycznego. Impakt osobisty był tak wielki, że moje ciało udało chorobę by słuchać płyty nieprzerwanie cały dzień i jeszcze dłużej. Dokładnie w tym samym roku Telewizja Polska wyemitowała koncert zespołu z tym właśnie materiałem z naszej rodzimej sali kongresowej. Odtworzyłem go po latach na VHS. Ci, którzy widzieli ten koncert na żywo lub w telewizji nie mogli tej nocy spać. Były to dźwięki wcześniej niesłyszane. Tak bardzo indywidualny styl i energię miał wtedy zespół Chicka Corea.

ETAP III – ROCKS

Nie ma artysty na świecie, który by miał większy wpływ na ewolucje elektrycznej gitary niż Jimi Hendrix. Nagrania, koncerty, filmy o Jimim studiowałem i studiuję do dziś dogłębnie. Mam także na ten temat swoje przemyślenia dotyczące obiegowej opinii że w latach 60-tych wszyscy byli na locie po lsd i cała ta wspaniała muzyka pochodzi z tegoż lotu. Przy okazji, z racji tego, że mam tu swoje 5 minut wyjaśnię, że nic bardziej mylnego. Wszystkie wspaniałe sukcesy i legendarne nagrania biorą się z bardzo ciężkiej pracy. Sam Hendrix był pracoholikiem. W nowym Jorku zamiast klubu wybudował studio (w tamtych czasach Hendrix był najlepiej zarabiającym artystą na świecie!!!!) Electric Ladyland. Tam spędzał po 16 godzin dziennie, szlifując każde nagranie jak diament. Był przy tym błyskotliwy, pełen humoru i szalenie pomysłowy. Nagrywał też tysiące wersji swoich utworów, by wybrać tę jedną nieskazitelną perłę. Jako nastolatek zapamiętałem najbardziej szokujący obraz związany z Hendrix’em – podpalenie gitary na końcu występu podczas festiwalu w Monterey. Jak się później dowiedziałem akt ten był wynikiem rywalizacji między nim i zespołem The Who, który występował tego samego dnia na tej samej scenie. Pokłócili się w szatni o to, kto ma występować ostatni. Hendrix przechylił kartę na swoją korzyść stając w garderobie na krześle. Zagrał wtedy najszybszego, najbardziej zaawansowanego bluesa na ziemi i zamknął wszystkim buzie. W odwecie The Who roztrzaskali wszystkie woje instrumenty podczas występu. Hendrix odpłacił się wysmakowanym szamański spektaklem. Podpalił swoją gitarę odprawiając jednocześnie nad nią modły. To moment, który został zapamiętany na pokolenia.

ETAP IV – ELEKTRONISCHEN DATA

Nazwałem tę część żartobliwie, ale to prawda. Znaczną część mojego muzycznego życia zawładnęła muzyka elektroniczna. Na początku Drum and Bass. Potem inne gatunki, aż do wybitnie eksperymentalnych. Porwała mnie jako słuchacza, ale i twórcę. Wychowujemy się przecież w epoce rozwoju komputerów. Programy muzyczne pozwoliły nam rozwijać talent. Muzyka stała się dziedziną sztuki mniej elitarną ale niezwykle ciekawym jest fakt, że jeśli konkretna osoba ma odpowiedni upór i wiedzę jest w stanie nagrać przyzwoity album w domu. Wykonywanie muzyki elektronicznej z towarzyszeniem żywych instrumentów stało się domeną dekady 2000. Nazwane sprytnie przez niektórych „reverse engineering”, czyli odgrywanie struktur wcześniej zbudowanych w komputerze lub na samplerze, jest do dziś nierozerwalnym elementem muzycznych eksploracji. Nie podam konkretnych tytułów utworów. Podam za to wspaniałych wykonawców których warto sprawdzić. Squarepusher aka Tom Jenkinson, Amon Tobin, Roni Size, Teebee, Photek. Dodam że płyta Photka – „Modus Operandi” jest dziełem absolutnym z gatunku Drum And Bass i pozycją obowiązkową dla każdego melomana.

ETAP V – NIE SŁUCHANIE

Gdy miałem lat dwadzieścia parę dowiedziałem się, że są artyści, którzy nie słuchają muzyki innych artystów. Dowiedziałem się także dlaczego. Energia niektórych wykonawców i ich fenomen może mieć tak duży wpływ na naszą osobowość, że dążymy by być/grać, jak nasi idole. Jest to niebezpieczne dla nas twórców, bo przecież dlaczego dorosły człowiek miałby chcieć być kopią drugiego? Jest więc teoria, która zakłada odcięcie się od słuchania muzyki, a czerpania inspiracji w innych dziedzinach sztuki lub po prostu z życia.

Jeśli czujemy się katalizatorem pewnych zdarzeń i mamy umiejętność przekazywania historii przez muzykę – jest to wtedy słuszny mechanizm. Sam doświadczyłem na sobie, że zbyt długie słuchanie jednego wykonawcy powoduje że naśladujemy jego styl zamiast odnaleźć swój własny. Staram się mieć uszy i oczy otwarte na ciekawostki, ale najważniejsze jest rozbudowanie umiejętności komunikowania się przez muzykę. Kiedy jadę samochodem, nie słucham radia. Kiedy jadę na rowerze, nie mam walkmana. Kiedy lecę na Ślężę nie biorę przenośnego radia. Słucham lasu. Słucham ptaków.

Autor | Wojciech Orszewski

 

 

wojciech-orszewskiWOJCIECH ORSZEWSKI – znany też jako Vojto Monteur, gitarzysta, kompozytor, ceniony producent muzyczny. Jest absolwentem Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Przez osiem lat współtworzył zespół Miloopa, z którym z powodzeniem wystąpił na wielu scenach Polski i Europy. Grupa ta miała duży wkład w rozwój nowej fali muzyki klubowej i promowała polską scenę muzyki elektronicznej za granicą, m.in. we Francji, Wielkiej Brytanii, Luksemburgu, Niemczech, Austrii, Holandii, Szwecji, Czechach, Słowacji, Litwie, na Węgrzech,w tym na największych festiwalach: Sziget Festival, United Islands, Be2gether Festival, Fete De La Musique Luxembourg, United Islands of Prague, Creamfields, JDM Festival, Open’er, Summer of Music, Szene Festival, Green Valley, Jazz Festival Sztokholm. Jest także kompozytorem muzyki filmowej i teatralnej. Jako producent sprawowal opieke artystyczna wielu płyt, w tym: Bartosz Porczyk – Sprawca (2010) Joao – Rocks (2011) Natalia Lubrano – Respect (2012). Razem z Katarzyną Borek przygotowali płytę Tempus Fantasy (2014). Album także stał się bazą muzyczną i inspiracją do powstania spektakularnego przedstawienia teatru tańca współczesnego pt: „Tempus Fantasy” w reż. Jacka Gębury, którego premiera miała miejsce wraz z udziałem muzyków na żywo na dużej scenie Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu 22 listopada 2014. Gitarzystę można też usłyszeć i zobaczyć w spektaklu „Życie Mariana” w reż. Agnieszki Olsten.