„W starym, dobrym stylu” [RECENZJA]

Trzej muszkieterowie, czyli emerytura to kompletny niewypał

To nie jest komedia, na której słychać salwy śmiechu. To również nie jest film dotykający głębi naszego człowieczeństwa. I choć scenariusz bywa przewidywalny, to dialogi biją na głowę większość współczesnych produkcji, aktorstwo jest na poziomie nieczęsto spotykanym, a cały film bez wątpienia jest w starym i naprawdę dobrym stylu.

Pewien mój znajomy powiedział kiedyś, że odkąd obejrzał „Bruce’a Wszechmogącego” nie jest w stanie wyobrazić sobie, że Bóg mógłby nie mieć twarzy i postawy Morgana Freemana. Naprawdę jestem w stanie go zrozumieć, bo ilekroć oglądam serię popularnonaukową „Zagadki wszechświata z Morganem Freemanem”, to odnoszę wrażenie, że to on sam własnoręcznie uformował kosmos i nadał mu prawa. Jest coś królewskiego w jego postawie, pewna nieznająca sprzeciwu maniera bycia. Gra powściągliwie, niemal monotonnie. A mimo to, kiedy wychodzi na ring w „Za wszelką cenę”, idzie w garniturze po plaży w „Skazanych na Shawshank” czy zarządza olbrzymią korporacją w „Batmanie” trudno jest oderwać od niego wzrok. Nie inaczej jest w obrazie „W starym, dobrym stylu”. Niby jest tylko prostym, niewyedukowanym i nieco samotnym staruszkiem, ale bije od niego tyle ciepła i czułości, tyle życiowej mądrości, że aż chciałoby się go nazwać swoim dziadkiem.

Również Michael Caine, niegdyś bohater filmów akcji, tutaj jest przede wszystkim zatroskanym przyszłością wnuczki dziadkiem. To właśnie bohater grany przez Caine’a jest głównym mózgiem intrygi mającej przywrócić trojgu przyjaciół godność starzenia się. Okradzieni przez pazerną machinę bankowo-korporacyjną trzej przyjaciele chcą odzyskać swoje emerytury i w tym celu postanawiają napaść na bank. Nie chcą dużo, tylko tyle ile mieli otrzymywać do końca swych dni. Są trochę Robin Hoodami, chcą jedynie wymierzyć społeczną sprawiedliwość.

Jak wspominałam, ta komedia nie wywołuje salw śmiechu, choć są sceny, które mocno zapadają w pamięć. Jak ta, gdy Caine i Freeman uciekają z obrabowanego sklepu elektrycznym wózkiem dla niepełnosprawnych, a Freeman niczym małe dziecko siedzi w koszu na zakupy i rozsypuje mąkę. Przezabawne są krótkie scenki z udziałem Christophera Lloyda, czyli pamiętnego dr Emmetta Browna z serii „Powrót do przyszłości”. Jego bohater, choć już bez burzy włosów, ma wciąż w sobie coś z szalonego naukowca, problem tylko jest ten, że sklerotycznego naukowca. Jego krótka rozmowa z agentem FBI, którego próbował przekonać, że w wacie cukrowej była kokaina, bez wątpienia trafi niedługo do gifów.

Gdzieś w tle fabuły majaczy pytanie: kiedy się zestarzeliśmy i czy naprawdę, poza faktem, że ciało nas już zawodzi, musi zawodzić nas jeszcze system? Nie wystarczy, że w tym świecie gloryfikującym młodość i pieniądze nie mamy już ani jednego, ani drugiego, to jeszcze trzeba nas brać za głupców?

Kilka lat temu Michael Caine stworzył wyjątkową kreację w filmie „Młodość”. Obraz był w całości poświęcony odchodzeniu, tęsknocie za latami świetności, fascynacją pełnią życia. I choć obrazowi „W starym, dobrym stylu” daleko do przeszywającego piękna i głębi filmu Paolo Sorrentino, to pozostaje godnym uwagi głosem w dyskusji o sensie ludzkiego życia. A mówi o tym sensie lekko, bez zbędnego dramatyzowania. Bo koniec końców liczy się rodzina, przyjaciele i fakt, że można być tak po prostu, zwyczajnie szczęśliwym.