Zwykle, gdy nie chcemy być tacy, jak druga osoba, stajemy się właśnie nią. Czasem chłoniemy wszystko nieświadomie, innym razem z pełną determinacją. Zawsze jest jednak ktoś, kto odciska na nas swoje piętno. Człowiekiem, który zmienił życie Wandy Rutkiewicz był jej ojciec – Zbigniew Błaszkiewicz.

Wanda Rutkiewicz to postać, która na dobre zapisała się w historii światowego alpinizmu. Jako pierwsza Polka i trzecia kobieta na świecie stanęła na najwyższym szczycie ziemi – Mount Everest. Zdobyła osiem z czternastu ośmiotysięczników. Jako pierwsza kobieta i pierwsza Polska weszła także na szczyt K2. Wytyczyła wiele nowych ścieżek, pokonywała coraz to dalsze granice. Kto wie, jak potoczyłyby się jej losy, gdyby tak bardzo nie przesiąkła charakterem Zbigniewa Błaszkiewicza?

Rutkiewicz była niemal lustrzanym odbiciem swojego ojca. Twardo stąpająca po ziemi, niezależna, silna, uparta, stawiająca na swoim. Podobnie jak Zbigniew doświadczona i nieoszczędzana przez życie. Już od najmłodszych lat musiała martwić się o zakupy i zajmować rodzeństwem. Opiekę nad domem sprawował jej ojciec. To on robił pranie, mył dzieci, przycinał im włosy.

Matki w tej historii prawie nie było. Cały wychowanie spoczywało na jego barkach – tłumaczył dzieciom, jak należy ścierać kurze z mebli, czym wytrzeć blat w kuchni, gdzie wyrzucić brudne rzeczy, wynieść śmieci, jak umyć i wypastować podłogę. To on wpajał im, jak ważny jest ruch na świeżym powietrzu. Sam większość dnia spędzał, pracując przy biurku, więc wszelka aktywność była bardzo pożądana.

W wolnym czasie Błaszkiewicz chętnie bawił się z dziećmi. Z wykształcenia inżynier, tworzył dla nich rozmaite zabawy. Przerobił buty tak, aby można było włożyć w nie łyżwy, zaprojektował specjalne stojaki, do których przymocował drążek, aby dzieci mogły skakać wzwyż. Najwięcej radości wszystkim sprawiła jednak wymyślona przez niego trzyosobowa hulajnoga. 

Oprócz tego były latawce zrobione przy użyciu nici szewskich, spływy kajakami po Odrze, przejażdżki rowerowe, zabawy w Indian, kijki do nart z patyków, wycieczki za miasto i …piesze wędrówki w góry.

Dla Rutkiewicz wypad z ojcem był pierwszym zetknięciem z górami. Chociaż już mieszkając w Płungianach, mała Wanda wspinała się po górce za domem dziadków, tym razem wybrała się z ojcem na mającą AŻ 718 metrów Sobótkę. Jak wspominała później – wtedy była to wyprawa niemal himalajska. To Błaszkiewicz pokazał jej góry, choć to jeszcze nie wtedy je pokochała. Ojciec uczulał ją także, żeby zawsze była przygotowana, miała ze sobą potrzebny sprzęt oraz wodę i jedzenie. Mówił, że w górach nie można postępować lekkomyślnie i zawsze trzeba przewidzieć zmieniające się okoliczności. Wtedy dla małej dziewczynki brzmiało to jak kolejny stopień wtajemniczenia, później stało jedną z życiowych zasad.

Po tragicznej śmierci starszego brata Jerzego w 1948 roku, to Wanda stała się oczkiem w głowie i synem pierworodnym… Półtora roku później, kiedy mała córeczka Zbigniewa i Marii Błaszkiewiczów poszła do szkoły, od razu trafiła do drugiej klasy. Ojciec zdecydował, że nie ma sensu tracić czasu, skoro Wanda jest tak dojrzała jak na swój wiek. Zdany egzamin tylko potwierdził jego opinię i po raz kolejny wprowadził drobną zmianę w życiu jego córki.

Wanda była zdolną uczennicą i podobnie jak ojciec wyróżniała się także w sporcie. Rzucała kulą, dyskiem, oszczepem, skakała wzwyż, brała udział w zawodach sportowych. Mówiło się, że jest ambitna i utalentowana. Ojciec dokładał zaś wszelkich starań, żeby mogła się rozwijać i był dumny z każdego jej sukcesu. Na młodą dziewczynę działało to jak motor napędowy. Robiła wszystko, co mogła, by zastąpić swojego zmarłego brata. Starała się udowodnić wszystkim wokół, ale przede wszystkim sobie, że jest w stanie to zrobić. Łudziła się też, że to coś zmieni i ojciec przestanie żyć obok rodziny, a wszystko może wróci do normy.

Nigdy jednak się tak nie stało. Zbigniew Błaszkiewicz postanowił się wyprowadzić, w 1963 roku odziedziczył część domu na Wisielówce w Łańcucie. Tam został zabity. Tam też Wanda powiedziała, że jeśli zginie, to stanie się to w górach.

W każdym momencie życia Rutkiewicz można zauważyć wpływ jej ojca.
Studia na Politechnice Wrocławskiej, dyplom inżyniera elektronika, ale przede wszystkim wewnętrzna determinacja, poczucie niezależności i chęć udowodnienia, że jest w stanie sobie poradzić sama. Ogromne znaczenie na to, jaką kobietą była Wanda miało też postrzeganie jej matki przez ojca. Maria Błaszkiewicz nie radziła sobie z prowadzeniem i utrzymaniem domu, żyła w świecie marzeń, czytała o Żywej Etyce, przez co dla człowieka logicznie myślącego jakim był jej mąż, była (delikatnie mówiąc) nieporadna i nieracjonalna. Rodzina Błaszkiewiczów nie była szczęśliwa, każdy żył swoim życiem, w końcu doszło do rozpadu małżeństwa i separacji. To najprawdopodobniej zostawiło na Wandzie ślad. Dwukrotnie wychodziła za mąż, jednak nie potrafiła zbudować trwałej relacji z drugą osobą.

Starała się być samowystarczalna, nie prosiła o pomoc, jeśli naprawdę nie musiała. Stawiała sobie kolejne ambitne cele. Całe życie próbowała udowodnić wszystkim wokół (szczególnie w środowisku alpinistów), że kobiety też są coś warte. Nie chciała taryfy ulgowej, wspinała się na równi z mężczyznami. Wymagała od siebie, tak jak wcześniej robił to jej ojciec. Potrafiła zarabiać na życie i być niezależną. Postawiła na swoją pasję, w którą inwestowała nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim czas i emocje. Górom poświęciła swoje życie. Po ojcu wchłonęła jego zmysł odkrywcy i wynalazcy. Szukała nietuzinkowych rozwiązań, nie przyjmowała sprzeciwu. Miała syndrom córki ojca? Nawet jeśli, to on zaprowadził ją na niejeden szczyt…

Wanda Rutkiewicz (1943-1992) – żyła zgodnie z tym, czego nauczył ją ojciec. Umarła, zapominając o podstawowej zasadzie, którą poznała podczas wędrówki na Sobótkę. 16 października 1978 roku jako trzecia kobieta na świecie i pierwszy Polak zdobyła Mount Everest.


Autor: Oliwia Stasiak
Zdjęcia: Instagram