Wędrówki bez nawigacji [RECENZJA]

Wędrówki bez nawigacji, Przewodnik wędrowca, Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka

Gdybym uważnie przeczytała wskazówki zawarte w „Przewodniku wędrowca” Tristana Gooley’a, to być może nie zdarłabym pięt do krwi, próbując znaleźć właściwą drogę w gąszczu nieoznakowanych uliczek jednej z europejskich stolic.

Niedawno usłyszałam, że gdyby nowemu pokoleniu odebrać elektroniczne gadżety i dostęp do sieci, to możliwości przetrwania tej rzeszy wychowanych w obecnych czasach młodych ludzi spadłaby do kilku procent. Szczerze? Dość dobrze to rozumiem. Sama sprawdzam w sieci, jak długo gotuje się ziemniaki, gdzie znajduje się najbliższa stacja paliw, o tym, jak trafić w żądane miejsce nie wspominając. Pojawienie się nawigacji samochodowych i map Google’a było, w mojej osobistej opinii, krokiem milowym w historii ludzkości. No dobrze, może nie w historii ludzkości, ale w historii mojego życia z pewnością. Ponieważ cierpię na pewną, wydawałoby się, nieuleczalną przypadłość – jestem w stanie zgubić się zawsze i wszędzie, nawet w miejscach, które znam od lat i to znam całkiem dobrze.

Niedawno zgubiłam się w Oslo. Przekonana, że zniesienie opłat za roaming oraz niezbyt wyraźna, zabrana z hotelu mapka centrum miasta, bez wątpienia pozwolą mi odszukać wszystkie żądane miejsca, wyruszyłam na spacer, by po jakimś czasie zrozumieć, że nie mam najmniejszego pojęcia nie tylko gdzie znajdują się te żądane miejsca, ale przede wszystkim, gdzie jestem ja sama. Obracałam mapę, obracałam się w koło i jedyne, co mi z tego przyszło, to zawrót głowy. Gdyby to była komedia, to w takiej chwili powinnam przypadkiem natknąć się na Tristana Gooley’a, który z lekkością i humorem wyjaśniłby mi, co powinnam zrobić dalej.

Brytyjczyk Gooley jest bowiem wędrowcem. I to wędrowcem nie byle jakim. Nie ze względu na znakomity sprzęt, jakiego używa, świetne buty, które potrafi perfekcyjnie dobrać do potrzeb konkretnej włóczęgi (w jego książce jest nawet przezabawny akapit o wędrowcach, dla których najważniejszy jest dobór odpowiedniego i odpowiednio specjalistycznego sprzętu na każdą wycieczkę, polecam!), ale dlatego, że potrafi tak zbliżyć się do otoczenia, by czytać w nim jak… w wynikach Google’a! Dlatego gdybym trafiła na Gooley’a dowiedziałabym się przede wszystkim, że powinnam nauczyć się dostrzegać otoczenie. Rozległy widok będzie oznaczał, że prawdopodobnie stoję na wzgórzu. Jeśli będzie to takie miasto, jak wspomniane Oslo, czyli miasto wyrosłe na samych wzgórzach, pewnie zobaczę w odległości kilka innych wzgórz, co pozwoli mi określić strony świata. Stoki południowe mają zawsze więcej roślinności niż stoki północne. W ogóle południowa strona jest bardziej lubiana przez wszystkie rośliny, bo to właśnie w stronę południa zawsze się zwracają. Nawet liście po południowej stronie drzewa są większe od tych, rosnących po jego północnej części.

Dowiedziałabym się również, że choć gąszcz miasta nie pozwala mi dobrze zorientować się w terenie, to wystarczy, że dostrzegę miejsce, w którym uliczki tworzą nieregularną mieszaninę, by łatwo wytypować, gdzie znajduje się najstarsza część miasta. Centrum łatwo też rozpoznać po wysokości budynków – czynsze zawsze są wysokie w takich miejscach, więc budynki będą rosły w górę. Kiedy tam trafisz poszukaj kościoła. Zwykle przybytki te są lokowane na linii wschód- zachód, a ołtarz znajduje się przy wschodnim końcu. Południowa strona kościoła zwykle sytuowana była przy drodze, za to ta północna – przy cmentarzu. Na stronie południowej znajdziesz też więcej porostów…

To zaledwie kilka podstawowych wskazówek, jakie można znaleźć w książce „Przewodnik wędrowca. Sztuka odczytywania znaków natury”. Cała pozycja jest nie tylko pełna wiedzy, ale również anegdot  życia samego autora i jego przyjaciół. Myślę, że choć nie zaliczam się do grona zapalonych wędrowców, to wrócę do tytułu jeszcze kilka razy, bo kto wie co się stanie, jeśli odłączą mi Internet…

TristaN Gooley, Przewodnik wędrowca. Sztuka odczytywania znaków natury, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2017


Autor: Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka