- REKLAMA -

„Wesele” w reżyserii Jana Klaty wzięło udział w konkursie 43. Opolskich Konfrontacji Teatralnych „Klasyka Żywa”. Bezapelacyjnie rozbiło bank z nagrodami. Zespół Narodowego Starego Teatru w Krakowie dał widzom niebywałą ucztę, za co został nagrodzony gromkimi brawami i owacją na stojąco. 

Tekst Wyspiańskiego choć ma ponad sto lat w wykonaniu aktorów Klaty jest okrutnie współczesny. W przerażający sposób przypomina, iż jest krzywym zwierciadłem polskości. Za sprawą Justyny Łagowskiej – scenografki widzimy na scenie pień drzewa, niczym cytat z poczynań ministra Szyszko i pustą na tym pniu kapliczkę, jakby ta nasza Narodowa Matka Boska już nie chciała w niej mieszkać. Można więc śmiało przyjąć, że Polska w ruinie. Stanowiące scenografię krzywe rusztowanie okryte czarną folią także nie daje nadziei na wybudowanie lepszego świata. Prędzej czy później musi runąć. Klata nie zostawia nic, odbiera złudzenia. Brutalnie tnie widza swoją wizją tańczących weselników, jakby wyjętych z nocy żywych trupów. Dokąd zmierzamy? Lewicujący miastowi inteligenci i prawicowo-narodowi wieśniacy z orłem w koronie na piersi? Dokąd? Chocholi taniec trwa tu od początku, a każdy z bohaterów na swoim kostiumie ma fragment materiału z motywem siana. A zatem wszyscy po trosze tym Chochołem są. Maćko Prusak wykonał ogromną pracę i znakomitą choreografię. Dzięki niej spektakl jest pełny, mięsisty, wiarygodny.

Muzyka black metalowego zespołu Furia jest tak spójnym i ważnym aspektem tej realizacji, że trudno sobie wyobrazić, jak spektakl wyglądałby bez niej. Jak wybrzmiałby bez tych demonicznych muzyków postawionych w czterech rogach sceny na postumentach? Każdy z nich z nagim torsem, twarzą pomalowaną na biało i czarnymi oczodołami zdaje się być symbolem jakiejś nieczystej siły, która za pomocą muzyki manipuluje weselnikami. Na tym weselu trudno o zbudowanie relacji między bohaterami. Każdemu co innego w duszy gra. Dlatego mówią, co mają do powiedzenia nie zważając na partnera. Mówią byle powiedzieć, co jego. Dokładnie tak, jak w dzisiejszych czasach odbywają się rozmowy w studiach telewizyjnych, sejmowej mównicy czy podczas marszy i zgromadzeń społeczności walczących o demokratyczne państwo, prawa kobiet.  Tak naprawdę nikt nikogo nie słucha.

Krakowski zespół to istne cudeńko. Trudno wymienić każdego z osobna, jednak muszę tu wspomnieć Annę Dymną (Radczyni) w duecie z Elżbietą Karkoszką (Klimina). Te dwie damy polskiego teatru właściwie mogłyby nic nie mówić, sama ich obecność na scenie wywołuje ogromne emocje. Albo Anna Radwan i Ewa Kaim, czyli nierozłączne Zosia i Haneczka w rozkosznych sukieneczkach. Są obłędne. Na długo wwiercą się w pamięć brawurowe role Panny Młodej – Moniki Frajczyk, księdza Bartosza Bielenia, Wernyhory Zbigniewa Rucińskiego i Stańczyka Edwarda Linde-Lubaszenki. Wszystkich, wszystkich po kolei można by oglądać po 1000 razy. Jeden zarzut, jedyny do Czepca w wykonaniu Krzysztofa Zawadzkiego: niestety z powodu specyficznego chrypienia w głosie nie rozumiałam sporo wypowiadanego przez aktora tekstu. Choć rola  bardzo dobra, to jednak tekst jest tu istotą, której mi zabrakło.

Ta historia nie ma dobrego zakończenia. Właściwie nic nie ma w niej dobrego. No może fakt, że takie kobiety jak Rachela (Katarzyna Krzanowska), czy Zosia i Haneczka mogą wziąć sprawy w swoje ręce. Ale to wciąż niewiele. Młodzi się nie kochają, wieśniak nigdy nie zrozumie mieszczucha, ksiądz zawsze będzie kręcił interes na boku mydląc oczy wiernym, Żyd wciąż będzie solą w oku polskiego katolika. Nasze polskie zjawy i duchy narodowe może i przypominają skąd się wzięliśmy ale nie potrafią już sprawić by powstało silne porozumienie pomiędzy Polakami. Jakoś tak to wygląda, że nawet złoty róg jest jednorazowego użytku, jak reklamówka z dyskontu, którą można zgubić byle gdzie.

 


Autorka: Sabina Misakiewicz
Zdjęcie: M. Huckel / arch. festiwalu