„Wesele” [RECENZJA]

„Wesele” Wyspiańskiego w wykonaniu studentów IV roku PWST i reżyserii Moniki Strzępki nie ma w sobie nic nieaktualnego. Mimo archaicznego języka dramatu opisane w nim relacje międzyludzkie oparte na aspektach kulturowych i politycznych wciąż są doskonale czytelne i żywe.

Od kilku lat niemal każdy spektakl reżyserowany przez Monikę Strzępkę jest okrzykiwany znakomitym. Nie ma się, co dziwić, bo to niezwykła artystka, o której podobno mówią, że jest drugim Jarockim. Jednak w jej twórczości nie pojawiają się klasyczne teksty. Stąd też moja ogromna ciekawość sposobu, w jaki podejdzie do dramatu młodopolskiego pisarza. I cóż? Jeśli reżyser ma głowę na karku, to właściwie nie ma znaczenia, co weźmie na warsztat. Sukces ma gwarantowany. Tak, można śmiało powiedzieć, że zarówno młodzi aktorzy, którzy bardzo profesjonalnie zaprezentowali swoje umiejętności, jak i reżyserka mają swój sukces.

Spektakl niby dzieje się w pańskim dworze i niby na weselu bawią się chłopy i pany, karczmarz Żyd, ksiądz, duchy i widziadła, a wszystko jakby współczesne. Poczucie, że jestem na weselnej zabawie dzisiejszych czasów towarzyszyło mi przez prawie całe trzy godziny przedstawienia. Pomysł na scenografię i kostiumy wypracowali studenci. Całkiem ciekawie połączyli dizajnerskie meble z palet z ze starymi krzesłami. Elementy ówczesnych strojów ze współczesnymi butami czy spodniami. Strzałem w dziesiątkę była też muzyka zespołu Ruta z płyty „Gore”, która świetnie ilustrowała akcję dramatu. Może nie specjalnie rewolucyjnym, ale bardzo trafnym pomysłem było usadzenie widowni na scenie, tuż przy rozgrywającej się akcji, lejącej wódki i przewracanych elementów scenografii. Ten zabieg jednak dał znakomite poczucie bycia w środku tego scenicznego „dziania się”. A działo się, oj działo. Zgodnie z myślą autora, jak kilka dni przed premiera powiedziała mi Monika Strzękpa. A autor chciał byśmy, my widzowie czy czytelnicy samego dramatu przejrzeli się w jego postaciach, jak w krzywym zwierciadle. Żebyśmy dotknęli czegoś więcej niż tylko przyziemnych pragnień o niepasaniu krów, wyjściu dobrze za mąż, dobrej zabawie bez konsekwencji i zobowiązań. Chciał rozpalić w nas ducha patriotyzmu, zjednoczenia warstw społecznych, tolerancji dla innej wiary i kultury. Strzępka dała temu tekstowi jakąś nową, preformatywną siłę. Wiersz brzmiał znakomicie, jakby wcale nie był wierszem. Jednakże to ogromna zasługa aktorów. Nie raz będąc w teatrze doświadczyłam scenicznego bełkotu, niedopowiadania końcówek wyrazów, zwykłego seplenienia. A tu, proszę państwa dykcja bez zarzutu. Tekst podawany wprawnie, wyraźnie i na tyle głośno, że nie było wątpliwości, że ktoś z ostatniego rzędu czegoś nie dosłyszy.

Studenci-dyplomanci zaprezentowali się z jak najlepszej strony. Jak podkreślali w rozmowie przed premierą, na scenie są jednością i rzeczywiście w jedności tkwiła w nich siła. Warto jednak wspomnieć o Krystianie Durmanie, Kacprze Sasinie, Macieju Gismanie, Monice Janik, Małgorzacie Saniak i Natalii Łągiewczyk. Ta szóstka najbardziej utkwiła mi w pamięci. Nie da się też zapomnieć Wojciecha Marcinkowskiego, który ciut za mocno próbował zaskarbić sobie sympatię widowni. Zupełnie niepotrzebnie, jego rola była tak wyrazista, że granie pod publiczkę tylko zepsuło odbiór.

Autor | Sabina Misakiewicz