- REKLAMA -

Nawet jeśli najnowszy film Wojtka Smarzowskiego nie wywoła dyskusji o tragedii ofiar pedofilii, nawet jeśli nie zwróci uwagi publicznej na niezdrowy  mariaż Kościoła i władzy świeckiej, to z pewnością zrobi jedno – zapełni kina i pokaże ludziom, którzy nie często bywają w tych przybytkach sztuki, że mamy znakomitych aktorów, operatorów i przynajmniej jednego odważnego reżysera.

Ponoć o żadnym polskim filmie nie toczyły się przed premierą tak zażarte dyskusje, jak o „Klerze” Smarzowskiego. Może jeszcze fala przerażenia, jakie ogarnęło rodaków na wieść, że krwawy Azja Tuchajbejowicz wcieli się w rolę bohatera narodowego Andrzeja Kmicica, była do porównania z tym, co od dłuższego czasu dzieje się w mediach tradycyjnych  i społecznościowych. Faktem jest, że „Kler” jako jedna z niewielu współczesnych produkcji, byłby w stanie obyć się bez płatnej reklamy. Wszyscy chcieli o nim pisać, mówić, opowiadać. Toczono zacięte spory na niwie publicznej i prywatnej. Tak głośne, że kiedy w kinie zgasły światła i pojawiła się charakterystyczna czołówka Polskiego Instytutu Filmowego, zapadła całkowita cisza.

Z fascynacją patrzyłam na pozostałych widzów. Oglądałam film w piątek, wczesnym popołudniem. Zwykle, kiedy o takiej porze pojawiam się w kinie, na sali zastaję dwie, może trzy osoby. Dzisiaj duża sala popularnego multipleksu wypełniona była w połowie. Obok sporej grupy nastolatków siedziała starsza elegancka pani, przy bardziej brutalnych fragmentach powtarzająca pod nosem „to nie jest śmieszne”. Sporo osób w moim wieku, kilka par, kilkoro samotnych widzów. Ci ludzie przez dwie i pół godziny siedzieli w ciszy. W ciszy opuszczali kino. Pierwsze rozmowy dało się słyszeć dopiero na korytarzu. Nikt się nie śmiał. Nikt nie klął. Ot film o sprawie, o której wiesz, ale wolisz nie myśleć. Nie zastanawiać się, bo co z tą wiedzą zrobić?

Nie będę oceniała gry aktorskiej, zastanawiała się nad tym, czy opowieść Wojtka Smarzowskiego sprawi, że kolejni pokrzywdzeni ludzie zdecydują się opowiedzieć swoją historię i zawalczyć o własną godność. Wolę napisać o bezwiednym ocenianiu i wyciąganiu zbyt daleko idących wniosków. Do prezydenta Ełku wpłynęło pismo z prośbą, by zablokował wyświetlanie „Kleru” w miejskim kinie. Ten racjonalnie odpowiedział, że politycy nie są od cenzurowania sztuki, a jeśli komuś nie podoba się temat, to zwyczajnie nie musi filmu oglądać. Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Paweł Soloch przekonywał na antenie Radia Zet, że „Kler” został zrobiony ze złą intencją, w takiej konwencji, jak hitlerowcy robili filmy o Żydach”. Powiedział to, choć filmu oczywiście nie oglądał, co zresztą sam przyznał.  Z wielu stron słyszę też, że nowy film Wojtka Smarzowskiego to atak na Kościół, na wiarę i Boga samego! I nie mogę wyjść z podziwu, jak naświetlenie przestępstwa popełnionego przez konkretnych ludzi, ma się do faktu światopoglądu innych? Dla wyjaśnienia przełóżmy tę sytuację na inny obraz. Załóżmy, że jakiś człowiek dostaje mandat za przekroczenie prędkości, albo za palenie śmieci w domowym piecu. Człowiek ten jest powiedzmy, że liberałem. Czyli łączy mnie z nim pewna dość istotna część światopoglądu. Czy jego niewłaściwe zachowanie oraz kara, jaką za nie otrzymał jest wymierzona w mój liberalizm? No darujcie…

Po seansie przyszły mi do głowy słowa Johna Cleesa, który musiał regularnie odpierać ataki środowisk katolickich na jedną z najlepszych produkcji Monty Pythona, czyli „Żywot Briana”. Otóż Cleese w jednym z wywiadów podziękował wszystkim ludziom stojącym przed kinami z różańcami w dłoniach, podziękował mediom katolickim i proboszczom wałkujących temat filmu w każdym kazaniu. Bo tylko dzięki ich zapalczywości „Żywot Briana” obejrzało tak wielu ludzi. Dokładnie tego samego życzę obrazowi Wojtka Smarzowskiego. Niech kina pękają w szwach, a może dzięki temu pęknie też bańka milczenia.