- REKLAMA -

Rzecz działa się 18 lipca 1418 roku. Wściekły tłum chwycił za wszystko, co miał pod ręką: noże, tasaki, miecze, siekiery i ruszył pod budynek ratusza miejskiego. Szturmem zdobyto siedzibę rady, wrocławskich patrycjuszy ścięto, a jednego wyrzucono z wieży ratuszowej. Czym zawiniły sobie władze miasta?

Na wstępie warto zaznaczyć, że był to czas, kiedy Wrocław przeżywał swój złoty okres. Pod panowaniem dynastii Luksemburczyków, u progu XV wieku stał się jednym z najważniejszych ośrodków handlowych, równie prestiżowym, co Praga. Wrocławskie gotyckie świątynie nie miały sobie równych w okolicy, a przychody wypełniały po brzegi miejski skarbiec. Rozkwit miasta należącego wówczas do Korony Królestwa Czech nie szedł jednak w parze z zadowoleniem jego mieszkańców.

Podatki, układy, podziały etniczne

Rosły napięcia między najbogatszymi, a najbiedniejszymi wrocławianami. Patrycjusze zyskiwali coraz większe wpływy kosztem ubogiego mieszczaństwa. Burmistrz zabiegał jedynie o interesy lokalnych zamożnych rodów:  Borgów, Dompnigów oraz Rehdigerów. Nie był to ewenement na skalę Europy – w każdym większym mieście władza należała do szlachetnie urodzonych radnych oraz burmistrza.

Plebs mógł cieszyć się swoimi reprezentantami pod postacią ławników, do których należała władza sądownicza (i udział w obradach), a także wójta, czyli najbardziej wpływowej osoby, zaraz po burmistrzu. Sytuacja uległa radykalnej zmianie, gdy wrocławscy patrycjusze przejęli urzędy ławników i zaczęli ograniczać prawa wójta.

Mieszczaństwo, które było zorganizowane w różne cechy rzemieślnicze straciło zaufanie do władz. Sytuacji nie poprawiły podwyższone podatki, jakie nałożono na towary oraz upadek praworządności. Zyskując monopol na władzę, patrycjat mógł sobie pozwolić na swobodną interpretację przepisów, bowiem sądownictwo (ławnicy) również było zdominowane przez warstwy wyższe. Spirala wzajemnych układów rosła z każdym dniem i nie było możliwości, by to „towarzystwo wzajemnej adoracji” mogło zostać w jakikolwiek sposób rozbite.

Obecnie nie znajdziemy obrazu, który dostatecznie odda wygląd wrocławskiego ratusza w XV wieku. Obraz Carla Josefa Aloisa Bourdeta, choć powstały trzy stulecia później, pokazuje, jak siedziba władz miasta mogła się prezentować.

Chociaż w średniowieczu nie istniało współczesne pojęcie narodu, a nacjonalizm nie funkcjonował jako ideologia (jego rozwój rozpoczął się dopiero po rewolucji francuskiej), to należy przyznać, że Wrocław posiadał wówczas etniczne problemy. Tutaj przeplatały się wpływy polskie, niemieckie oraz czeskie, co rodziło różne konflikty. U progu XV wieku we Wrocławiu żyło blisko 17 tysięcy ludzi, z czego kilka tysięcy stanowiła ludność polskojęzyczna. Gdy na podział narodowościowy naniesiemy podział klasowy, to zauważymy kolejną przyczynę buntu. Cały patrycjat składał się z Niemców, gdy warstwy ubogie to w głównej mierze byli Polacy i Czesi. Część mieszczaństwa np. cechowi rzemieślnicy, pochodziła z różnych terenów Cesarstwa, czyli Niemiec. Od kilkudziesięciu lat prawa rodzimej polskiej ludności były ograniczane: najpierw zabroniono posługiwania się językiem polskim w procesach sądowych (1327), by następnie zerwać całkowicie z polskim systemem prawnym (1329), wprowadzając na jego miejsce przepisy niemieckie. Biskup Nankier został wygnany z miasta (1341), gdy próbował utrzymać wrocławski Kościół pod opieką archidiecezji gnieźnieńskiej. Kazimierz Wielki oblegał wielokrotnie Wrocław w wojnie o Śląsk (1345-1348), ale nie mógł liczyć na otwarcie bram przez Polaków. Tamci już dawno stracili swoją liczebną przewagę nad niemieckimi mieszkańcami.

Czas na przewrót

Sfrustrowani rzemieślnicy, bednarze, rzeźnicy, sukiennicy o „narodowości” polskiej, niemieckiej i czeskiej zgromadzili się w kościele św. Klemensa. Świątynia pogardliwie nazywana „kościołem rybaków i Polaków” stała się miejscem wybuchu rewolty. Po płomiennym kazaniu nastąpiło zaprzysiężenie buntowników, których zebrało się według różnych podań od 100 do 200. O wymarszu zostały poinformowane władze miejskie. Patrycjusze szybko zabarykadowali się w izbie radnych, czekając na rozwój wydarzeń. Możemy sobie tylko wyobrazić, jakimi okrzykami i wiwatami byli witani maszerujący rebelianci, którzy nie bali się targnąć na życie patrycjuszy uprzykrzających życie dominującej biedocie i warstwie średniej.

W nieistniejącym już kościele św. Klemensa miał miejsce wymarsz buntowników w stronę centrum.

Miasto nie stawiało oporów, akcja została przeprowadzana sprawnie i wkrótce ratusz został opanowany przez plebs. Buntownicy przeszukując kolejne pomieszczenia uświadomili sobie, że możni zabarykadowali się za ogromnymi, okutymi żelazem drzwiami w izbie radnych. Przez długi czas próbowali bezskutecznie dostać się do środka. Gdy opadali już z sił na pomoc przyszła służba ratusza, która opowiedziała o drugim wejściu do izby, jakim było małe przejście z ratuszowej kaplicy. Tłum ruszył nową drogą i szybko rozrąbał mniejsze, już nie stanowiące problemu drzwi. Podobno ze starego wejścia zachowały się dwie deski, które do dziś możemy oglądać w muzeum ratusza.

Deski na drzwiach do izby radnych nadal noszą ślady po uderzeniach toporów i siekier.

O tym, co stało się, gdy buntownicy wdarli do środka, opisuje kronikarz Mikołaj Pol:

Pewien bednarz, niejaki Jakob Kreuzberg, wyważył drzwi do wieży ratuszowej. Piwowar Mateusz Hengesweib uderzył na trwogę w dzwon ratuszowy. Na rynku przed dybami zabili burmistrza Nikolausa Freibergera, trzech ławników i oprócz tego z gminy Nikolausa Faustlinga i Nikolausa Neumarkta. Georg Rathburg, szewc, gonił własnego kuzyna Johanna Megerlina, wyciągnął go bez żadnej litości z wieży ratuszowej, gdzie schował się pod dachem, by ratować własne życie. Następnie zrzucił go z góry na rybi targ na piki zbuntowanej tłuszczy, stojącej tu w pełnym uzbrojeniu. Pospólstwo zrzuciło go potem z oszczepów do ogrodu na targu, gdzie w męczarniach życie zakończył.

Burmistrza i część radnych ścięto mieczem ceremonialnym, ofiarowanym miastu przez samego cesarza Karola Luksemburczyka. Jak nie trudno się domyślić, czyn ten nie spodobał się całej dynastii. Po pięciu dniach zamieszek i chaosu przywrócono w mieście porządek, ponieważ wystraszeni patrycjusze rozwiązali starą radę miejską i wybrali nową z udziałem przedstawicieli cechów miejskich, co na pewien czas uspokoiło wzburzonych rzemieślników. Zwycięstwo cechów i biedoty było jednak pozorne. Patrycjusze nie zamierzali oddać swoich wpływów.

Koniec buntu

W roku 1420 do Wrocławia przybył król rzymski, węgierski oraz dziedzic tronu czeskiego Zygmunt Luksemburski. Władca przystąpił do karania przywódców oraz prowokatorów buntu sprzed dwóch lat. W procesach oskarżał ich o nielojalność wobec osoby władcy i władzy miejskiej. Ścięto 30 osób. Blisko 60 buntowników, którzy nikogo nie zabili, zostało skazanych na dożywotnie wygnanie z Wrocławia.

Do dzisiejszych czasów zachowała się lista skazanych, zawarta w cesarskim dekrecie z 26 marca 1420 roku. Dokument wymienia imiona, nazwiska oraz profesje buntowników. Wśród nich odnajdziemy także Polaków i Czechów:

Johann Schultheiss – rzeźnik, Kaspar Münchof – oberżysta, Nikolaus Kastner, Hackenteufel – hydraulik, Francis Döring, Nikolaus Kolkamer, Nikolaus Seder – murarz, Arnold – oracz, Czerwony Jorge – szlifierz, Heckler – syn malarza, Egrer – murarz, Burkhard – wyrabiał igły, Heinrich Steynmüller, Nikolaus Schönbrücke – garbarz, Feyngenest, Esscher, Brumhoz, Teufel – pomocnik krawca, Johann – tkacz, Jörge, Bartosz Wigandsdorff, Jan Donin, Peter Bursnicz, Nicolas Stelczner – furman, Johann Polan, Pawel – rzeźnik, Polkewicz – rzeźnik, Jan – pomocnik szlifierza, Mikołaj Polan, Bartosz – murarz.

Na wygnanie udali się m.in.: Stewbel – winiarz, Taschner – garbarz, Mönch – czeladnik, Quittenberg – tkacz, Mertin – płatnerz, Thomas – rękawicznik, Johann Muhlheim – kuśnierz, Frankenstein – słodownik, Wojciech – oberżysta, Hugwicz – kołodziej.

Król obawiał się kolejnego powstania plebsu, dlatego nakazał zatarasowanie wszystkich dróg prowadzących na Rynek Owocowy (północna część współczesnego rynku). Tam zabito skazanych buntowników. Ich odcięte głowy posmarowano smołą, zagotowano we wrzątku i zatknięto na piki. W takim stanie eksponowano je przez długi czas na murach miasta. Zdekapitowane ciała pochowano w bezimiennej mogile na cmentarzu św. Elżbiety. Mogiłę zabrukowano, by stała się cmentarną ścieżką, po której mieli przechodzić wszyscy, okazując tym samym pogardę buntownikom. Dzisiaj po cmentarzu już nie ma żadnego śladu, ale bruk się zachował. Gdzieś w okolicach kamienic Jaś i Małgosia leżą do dziś ciała zbuntowanych Polaków, Czechów i Niemców. A my wciąż po nich depczemy.

Według podań gdzieś pod brukiem na drodze do bazyliki św. Elżbiety leżą ciała buntowników, którzy szturmem zdobyli wrocławski ratusz.

Autor: Wojciech Kosek
Zdjęcia: dolny-slask.org, wikipedia commons, fotopolska.eu, Wojciech Kosek