„Witkacy – przymus świadomego istnienia” to najnowszy spektakl w repertuarze Teatru Arka. Reżyserka Agata Obłąkowska-Woubishet zrealizowała swój pomysł z gronem aktorów zarówno zawodowych, jak i amatorów. Jej „Witkacy” jest poruszający, nieoczywisty i gorzki. Obłąkowska idzie w dobrym kierunku. 

Maleńka Arka jest miejscem magicznym. Choć wygląda bardziej jak garderoba przy offowej scenie, to działa na prawach zawodowego teatru. Tworzący to miejsce ludzie sprawili, że po ponad dwudziestu latach istnienia stało się niezwykłym ośrodkiem artystycznym i przestrzenią przenikania się energii ludzi sprawnych i niepełnosprawnych. Porusza się tu tematy niepokojące, mające na celu wzbudzenie refleksji, w sposób nienachalny edukujące. Agata Obłąkowska-Woubishet od lat związana z Teatrem Arka ma ogromne doświadczenie w pracy z osobami z rożnego rodzaju niepełnosprawnościami. To nie jest jej pierwszy spektakl w tym miejscu. Wcześniej wyreżyserowała „Shirley Valentine”, która zebrała całkiem niezłe recenzje. Tym razem artystka podjęła temat delikatności i zarazem potęgi ludzkiej psychiki. Za  znakomity przedmiot badań wzięła psychikę Witkacego, znanego w międzywojniu bon vivanta, artysty, malarza i pisarza. Kobiety go uwielbiały, mężczyźni podziwiali. Nie miał lekkiego życia. Począwszy od skrajnie dziwnych relacji z nadopiekuńczą matką, aż po małżeństwo, w które wszedł z niewyjaśnionych bliżej przyczyn. Być może był to kolejny z jego kaprysów lub bunt znużonego pisaniem pisarza. Sam twierdził, iż żona jest okropna! O niej w liście do przyjaciela pisał tak:

„Nie kocha mnie wcale, a nawet się jej specjalnie nie podobam. Ale mniejsza o to. Nie posiada żadnych dóbr materialnych, ale rozumie, co to jest fantastyczność w życiu i poza życiem. […] Nie myśl, że dostałem bzika. Jestem zupełnie przytomny, ale ślub myślę wziąć po pijanemu lub pod narkozą”.

Cały Witkacy. Takiego go widzimy na scenie. W koszuli z krawatem i „gaciach”. Przedstawione relacje dają pokręcony obraz jego i otaczającego go świata. Reżyserka znalazła swego rodzaju klucz do formy, na której opierał się w swoim życiu jak i sztuce Witkiewicz. Udało jej się stworzyć zespół, który jest spójny i czuły na partnera.  A w takim miejscu, to niesamowicie ważne. Trzeba przyznać, że pasja z jaką grają aktorzy nieprofesjonalni, daje im ogromną siłę. Sprawnie sobie radząc z powierzonymi im choreograficznymi układankami udźwignęli i tekst i emocje swoich postaci. Wielkie brawa. Obłąkowska w spektaklu połączyła niełatwy tekst, naszpikowany cytatami z wizją, jakby wyjętą wprost z głowy najpierw małego, potem dorosłego Ignasia. Bardzo ciekawym zabiegiem było połączenie długimi linami aktorów. Dawało to symboliczną plątaninę i mnogość zarówno myśli jak i osobowości Witkacego. Tysiące kombinacji, konfiguracji, ustawień aktor-lina-aktor momentami dawało poczucie przytłoczenia. Jednak to o ten rodzaj ciężaru zapewne chodziło reżyserce. O ten przekaz, bez chwili wytchnienia, bez złapania oddechu, bez spokoju. Do Witkacego linami przywiązana jest cała rodzina,  matka, ojciec, kochanki, żona, znajomi. On sam jest splątany i swoją polskością, walką z wrogiem, śmierciami, artyzmem, autyzmem, strachem, miłością, pejotlem, wódką i erotyką. Stawia setki pytań, snuje filozoficzne dysputy, jednak wciąż wydaje się być bezradny wobec losu, jaki go dotyka. Krzysztof Brzazgoń w roli tytułowej przykuwa uwagę i to, co robi jest dobre. Wierzę, że doczekam się jednak, kiedy ten mroczny Witkacy Ignacy się w nim uleży i nie będzie przykryty krzykiem.

Spektakl obejrzany w dniu premiery: 21.12.2017


Autorka: Sabina Misakiewicz
Zdjęcie: Archiwum Teataru Arka