„Wonder Woman” [RECENZJA]

Warner Bros po raz pierwszy od dłuższego czasu udowadnia, że potrafi kręcić dobre firmy oparte na uniwersum DC. Wonder Woman spełnia oczekiwania, dając nadzieję na przyszłość. Pytanie czy to wystarczy, by wygrać walkę z Marvelem – pisze Patryk Wolny.

Obsadzenie Patty Jenkins w roli reżysera okazało się dobrym wyborem. Udało się jej wprowadzić na ekrany kin Wonder Woman w sposób godny półbogini. Twórcy pobudzają apetyt przed zbliżającą się wielkimi krokami Ligą Sprawiedliwości, oby tylko udało się uniknąć wielkiego rozczarowania.

Współczesna Francja. Diana (Gal Gadot), elegancka pani kustosz, otrzymuje przysyłkę od swojego przyjaciela Bruce’a Wayne’a, zawierającą zdjęcie z okresu pierwszej wojny światowej. Na fotografii widnieje ona oraz czworo dżentelmenów, powracają wspomnienia. Akcja przenosi się w czasie i miejscu na odległą wyspę Amazonek gdzie młoda Diana za wszelką cenę pragnie szkolić się w sztukach walki, przysparzając tym samym zmartwień swojej matce, królowej Hippolicie (Connie Nielsen).

Czas płynie szybko i już wkrótce Diana staje się jedną z najwaleczniejszych pośród swoich sióstr. Wtedy też poznaje Steve’a Trevora (Chris Pine), brytyjskiego pilota, który uciekając przed niemieckim pościgiem rozbija się w pobliżu wyspy. Młoda wojowniczka z rumieńcami na twarzy rusza mu na pomoc, wyławiając go z morskich toni i w tym momencie zaczyna się właściwa akcja.

Oznacza to także koniec magii płynącej z ekranu. W dalszej części, oprócz wątpliwej jakości humoru, uświadczymy jedynie okrucieństwa wojny. Diana nie tylko będzie musiała odnaleźć i zniszczyć Aresa, boga wojny. Jej podróż to także próba zmierzenia się z nowym światem, w którym granica pomiędzy złem a dobrem często się zaciera.

Fabularnie, od momentu opuszczenia wyspy, jest po prostu nudno. Historia jest, niestety, przewidywalna, a postaci towarzyszące głównym bohaterom stereotypowe. Wygląda to jak rysowanie przez kalkę w obawie przed wątpliwą jakością własnej pracy. I, szczerze, potrafię to zrozumieć. Nie licząc mało intrygującej fabuły, postaci w całej tej swojej wtórności mają coś, co jednak przyciąga uwagę. Nie przeszkadza mi, że Turek Sameer (Saïd Taghmaoui) jest do bólu turecki, Irlandczyk Charlie (Ewen Bremner) irlandzki, a indiański Wódz (Eugene Brave Rock), sami rozmiecie. Cóż w tym złego oczekiwać od postaci, żeby zachowywała się w sposób nader oryginalny, kiedy stanowi ona jedną z tysięcy, czy nawet dziesiątek tysięcy takich samych, biorących udział w wojnie.

Po filmie przygodowym oczekujemy Indiana Jonesa, a po samej Gadot, że będzie piękna i urzekająca, co swoją drogą udaje się jej z nawiązką. Wygląda po prostu olśniewająco. Film pod tym względem jest dokładnie tym, czego oczekujemy od rozrywkowego kina. Pełnym akcji, emocji (z miłosnym wątkiem w tle) oraz oczywiście efektów komputerowych obrazem.

No i właśnie CGI, której w filmie jest pełno, niestety cierpi na pewne braki. Momentami da się dostrzec pewne niedociągnięcia w jakości animacji. Z drugiej strony sceny balistyczne mnie porwały. Szarżowanie Wonder Woman na niemiecki okop z karabinem maszynowym ogląda się bardzo przyjemnie. I akurat te fragmenty, w których dochodziło do starć, sprawiły mi największą radość podczas seansu. Nie są one może wierne realiom, jednak gwarantują dobrą zabawę.

Nigdy nie przepadałem za filmowymi adaptacjami komiksów DC, wyjątek stanowi Legion Samobójców, który zafascynował mnie swoim pomysłem i nawet pomimo wątpliwej jakości zaoferował ogrom zabawy podczas seansu. Z Wonder Woman to zupełnie inna historia. Po pierwsze spodziewałem się, że Warner Bros utrzyma poziom i do czynienia będziemy mieli ze średniakiem, po drugie nigdy nie sądziłem, że tak mocno polubię głównych bohaterów. Ostatecznie efekt końcowy jest zadowalający, a nuda, no cóż w obrazie skrojonym na 140 minut ciężko utrzymać ciągłe zainteresowanie widza, jednak nie jest to niemożliwe.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina