„Wycinka Holzfällen” [RECENZJA]

Krystian Lupa (s)twórca fenomenalny

Lupa nie bierze jeńców. Jak „Wycinka Holzfällen”, to wycinka. Wycina wszystkich. W pień. Jak pod Troją. W końcu sam powiedział, że Bernhard jest jego koniem trojańskim.

Jeszcze zanim ją ktokolwiek zobaczył, została okrzyknięta najważniejszym wydarzeniem sezonu. Jeśli chodzi o „najważniejsze wydarzenia” Lupa nie zawodzi. Kolejny raz odsłonił zęby i pazury. Czekałam na ten spektakl z zapartym tchem. Przed wejściem do teatru powiedziałam o tym znajomej. Nie podzielała mojego entuzjazmu. Ja dziwiłam się jej, ona mnie. Przez kolejne godziny stan mojego zdziwienia przybierał różne formy. Właściwie zdziwieniom nie było końca. Na początku dziwiłam się i zastanawiałam czy Lupa aby na pewno ukończył już ten spektakl. Nieco później, czy rzeczywiście przemyślał trzymanie widzów w niewygodnej pozycji, na ciasnych fotelach przez ponad cztery godziny. Na koniec byłam pewna, że zaplanował to wszystko z dokładnością aptekarza. „Wycinka Holzfällen” to mistrzowski spektakl zarówno znakomitego zespołu aktorskiego, jak i genialnego Krystiana Lupy.

Pierwsza jego część, to spotkanie dawnych przyjaciół. Grupy artystów, niegdyś bardzo sobie bliskich. Tym razem spotykają się za sprawą samobójczej śmierci przyjaciółki Joany Thul (Marta Zięba). Niespełnionej aktorki, tancerki, ale za to spełnionej alkoholiczki. Po latach nieobecności w swoich życiach zbierają się w dawnym artystycznym kręgu, w salonie Mai i Gerharda Auersbergerów (Halina Rasiakówna i Wojciech Ziemiański) po to, by wspominać nieżyjącą koleżankę. Dodawać jej talentów lub umiejętnie ich ujmować. Joana pojawia się tam jako wizja, flashback, wspomnienia. Zachwyca delikatnością i jakimś wewnętrznym pięknem (Marta Zięba). Duży ekran nad szklaną scenografią od czasu do czasu zapala się i pokazuje fragmenty wcześniejszych spotkań bohaterów opowieści. Dzięki takim retrospekcjom poznajemy bliżej poszczególne postaci. Ich lęki, strach, żal czy bezradność. Nagrania zrealizowane przez Łukasza Twarkowskiego i Karola Rakowskiego dają świeży powiew nieco ciężkiej historii Joany. Ona sama najwyraźniej widoczna jest w głowie Thomasa, do którego chyba nie do końca dociera jej samobójcza śmierć. Choć sam przyznał, że już na początku swej artystycznej drogi Joana była stracona.

Ponad czterogodzinne widowisko doszczętnie obnaża ludzkie słabości. Nie tylko tych, którzy zasiedli na sofach i fotelach w szklanej klatce sceny. Lupa odziera tych ludzi z przybieranych na co dzień póz. Naśmiewa się z nich głosem narratora, alterego Thomasa Bernharda (swojego etatowego aktora – Piotra Skiby). Trzeba przyznać, iż w swoim komentowaniu przybywających do salonu Mai gości, jest nieco uszczypliwy. Skulony w fotelu poza szklanym pokojem daje upust swoim emocjom. Wśród biesiadników jest pisarka Jeannie Billroth (Ewa Skibińska), powtarzająca, że poszła w swojej nowej powieści dalej niż Virginia Woolf w „Przełamując fale”. Oczywiście zostaje obśmiana i przez Thomasa i przez widzów. Są też młodzi pisarze James i Joyce, (Adam Szczyszczaj i Michał Opaliński) kompletnie zagubieni i podporządkowujący się dojrzałemu i zamordystycznemu gospodarzowi domu. Nie mający odwagi pokazać się z prawdziwej strony. Malarz surrealista Albert (Andrzej Szeremeta) i Anna Schreker „austriacka Gertruda Stein” (Bożena Baranowska) dopełniają całości. Ich rozmowy wydają się miałkie, a w miarę wypitego wina zlewają się w jeden dźwięk. Każdy mówi coś, co aktualnie ma dla niego znaczenie, ale nikt nie przebija się przez szklaną klatkę scenografii. Ma ona chyba na celu zatrzymanie tych oklepanych frazesów z dala od widza. Byle by zabić czas oczekiwania na najważniejszego z gości. Aktora przez wielkie „A”. On jak na złość nie przychodzi i nie przychodzi, a oczekiwanie na niego i kolację prowokuje szereg beznadziejnych dyskusji o straconych nadziejach i szansach. Mimo to, daje się odczuć, że jednak śmierć mocno naznacza każdego z bohaterów. Niestety ta, której śmierć „opłakują” odchodzi prędko na dalszy plan. Pojawiają się w jej miejsce sprawy, które nękają każdego ze zgromadzonych. Nieustająca walka o to, kto ma coś mądrzejszego do powiedzenia trwa. Przeczytać głośno swój manifest czy nie przeczytać? A może lepiej się zabić? Pochwalić się tworzeniem nowej powieści? Zaśpiewać ukochaną piosenkę? Zagrać skomponowany w latach świetności utwór? Zapłacić za najdroższą trumnę? Walczą, by jego było na wierzchu. Niby są razem, a jakby każdy z osobna. Jednak podskórnie związani na zawsze jakimś wspólnym upadkiem. Degrengoladą. Zgniłym blaskiem zachodzących gwiazd z Sebastiansplatz. Lupa, jak zwykle tworzy mocne postaci, a później rozczłonkowuje je na oczach widza. Odziera go ze złudzeń, że artysta jest kimś lepszym, ważniejszym czy mądrzejszym. Uczestniczy więc widz w tym procederze niczym w swoistej sekcji zwłok na trupie złamanych karier i minionych talentów. Nerwowa atmosfera oczekiwania na ostatniego gościa kolacji (aktora Teatru Narodowego) udziela się wszystkim. Gospodyni domu nerwowo przebiera się w coraz to inne czarne suknie, niespełniona pisarka upija, a najbardziej ze wszystkich cierpiący partner samobójczyni John (Marcin Pempuś) zapada się w sobie i nie potrafi podnieść. Nie poddawać się wydaję tylko jeden nich (znakomity w tej roli Ziemiański). Gospodarz domu, stracony artysta-muzyk. Zgorzkniały i nieszczęśliwy mecenas wszelkiego piękna. Mówi, co myśli. Bez znaczenia kiedy i komu. Jak nie smakował mu gulasz w restauracji, to wykrzyczał to kelnerce w twarz. Jak nie podobało mu się czekanie na sławę teatru, też o tym dobitnie poinformował. Dłużące się wprawdzie dysputy są naszpikowane smakowitymi kąskami. Zadziwiająco aktualnymi dla każdego, kto zadał sobie trud rozumienia.

Pierwszy akt był drogą przez mękę. Jednakże celowo skonstruowany tak, by również i widz był zniecierpliwiony, zniesmaczony… i zły! By rzeczywiście czuł ciężar oczekiwania na wielkiego gościa, aktora Teatru Narodowego, znakomitego Ekdala z „Dzikiej Kaczki” (w tej roli genialny Jan Frycz) o którym widz dowiaduje się z fragmentu filmu wyświetlanego na początku spektaklu. I to właśnie ten zbyt długo oczekiwany aktor rozpoczyna zupełnie inną od poprzedniej, dynamiczną, i pełna humoru drugą część „Wycinki”. Kolacja wreszcie się zaczyna. Szklana klatka zmienia swoje położenie. Przy długim, jak z ostatniej wieczerzy stole siedzą wszyscy znamienici goście. Młodzi pisarze James i Joyce, Albert surrealista, Schreker, Maja, Gerhard, Thomas, Jeannie, John i On. W centralnym miejscu. Długo wyczekiwany – aktor Teatru Narodowego. Roztacza swój urok i peroruje mieląc w ustach sandacza bengalskiego, który swoim czekaniem na półmisku jest tak samo niezjadliwy, jak wywody gościa. Egzaltowane współtowarzyszki kolacji Maja i Jeannie próbują dojść do głosu, jednak aktor jest tak pochłonięty opowiadaniem o swoich scenicznych sukcesach, że nawet nie zauważa ich starań. Właściwie niewiele zauważa. Niemniej, nie umyka mu głupota pijanej pisarki, która zdaje się być tym mocno zaskoczona. Natomiast znakomitym kronikarzem i obserwatorem tego „artystycznego wydarzenia” jest oczywiście Thomas. Obśmiewający mizogiństwo zarówno wielkiego Ekdala, jak i Jeannie, i niby mimochodem uwidacznia małość tych dwojga. Ogromnym poczuciem humoru wykazuje się tu sam Lupa wytykając tę małość – także całemu środowisku artystycznemu. Dostało się tu między innymi autorowi „Damaszku”. Zupełnie niespodziewanie nudne oczekiwanie zmieniło się w prześmieszną tragedię. Tragedię o upadku. To, o czym opowiadają znakomici aktorzy „Wycinki”, jest doniosłym postulatem w kwestii bardzo aktualnych wydarzeń z Teatrem Polskim w tle. A już doskonała rozmowa ichniejszej „Virginii” z aktorem teatru Narodwego o tym, iż w jego teatrze niebawem zmieni się dyrektor, jest strzałem w dziesiątkę. Oczywistym jest tu nawiązanie do Mieszkowskiego, który zresztą znakomicie wpisał się w spektakl, jako ksiądz z pogrzebu Joany. Ksiądz prowadzący żałobników – artystów na manowce. Kolacja przerodziła się w pełną niesmaku tyradę. Ale nikt personalnie nie jest jej winien. Bo tak naprawdę każdy z gości dołożył ziarnko dziegciu do tego artystycznego, nadmuchanego dawnymi sukcesami balu żywych trupów. Koniec końców artyści odarci z resztek pozorów, jeden po drugim opuszczają „salon sztuk wielu”, by nigdy do niego nie powrócić. Pozostaje jedynie ogromny smutek, kiedy po zniknięciu wszystkich aktorów na ekranie wyświetlają się ostatnie słowa narratora Thomasa, o tym, że mimo iż nienawidzi tego miasta, nienawidzi tych ludzi, to czuje, że musi tu wracać.

„ci ludzie, których zawsze nienawidziłem, nienawidzę i będą nienawidzić będę, są jednak najlepszymi ludźmi, że nienawidzę ich, ale mnie wzruszają, że nienawidzę STOLICY, a jednak mnie wzrusza, że przeklinam tych ludzi, a jednak muszę ich kochać, i że nienawidzę STOLICY, a muszę kochać”

Czy można powiedzieć, że „Wycinka” Lupy jest paszkwilem na współczesne kręgi artystów i polityków zajmujących się kulturą? Jeśli popatrzeć przez pryzmat wydarzeń z ostatnich miesięcy mających miejsce we „Wrocławskiej Stolicy Kultury”, to jak najbardziej tak. Można. Lupa nie idzie na kompromisy. Ani z urzędnikami podejmującymi kluczowe decyzje w rozwoju sceny Grzegorzewskiego, ani z aktorami, wysysając z nich ostatnie soki katorżniczymi i znakomitymi spektaklami, ani też z widzami. Nie boi się. Idzie na całość. Albo się mu zaufa, albo nie. Owacje na stojąco i niekończące się brawa podczas premiery są dowodem, że widz jest mądry i wymagający. Że nie nacieszy się byle ochłapem z sandacza bengalskiego.

Autor | Sabina Misakiewicz
Zdjęcie | Natalia Kabanowa