„Zamek” bez cienia fałszu

„Zamek” Marka Fiedora powala emocjami i uniwersalnością przekazu. Genialne kreacje Przemysława Bluszcza, Marty Malikowskiej i Ziny Kerste zapewne nie pozwolą długo zapomnieć o tym spektaklu. 

Zina Kerste, Przemysław Bluszcz / fot. Tomasz Żurek

Premiera „Zamku” na Scenie na Strychu Wrocławskiego Teatru Współczesnego odbyła się w sobotę, 22 czerwca.

Kafkowski „Zamek” jest pełen symboliki. Fiedor w swojej wizji także się nią posługuje. Używa bohaterów, jako modeli pewnych zbiorów cech, ludzkich laboratoriów emocji. Wszyscy dążą do czegoś, co jest ich celem. „Zamek” jest celem wszystkich, ale dla każdego jednak oznacza co innego.

– Dążenie do zamku to elementarna sytuacja ludzka, która jest opisana w powieści, a o której w swoich esejach pisze Milan Kundera – mówi Marek Fiedor, dyrektor teatru i reżyser spektaklu.
– Chciałem pokazać relacje ludzkie we wspólnocie, w aspekcie prywatnym dotyczącym bliskich związków kobiety i mężczyzny, a także w aspekcie zawodowym, w zbiurokratyzowanym świecie. Wszystko to naznaczone jest wolnością i niezależnością, jakiej bohaterowie pragną – wyjaśnia.

Reżyserowi, poprzez umiejętne prowadzenie aktorów, udało się wzbudzić w widzach emocje. Nic nie było zbyt nachalne, oczywiste, podane na tacy. Jedynie głowa K., geometry, pragnącego dostać się do zamku. Bez cienia fałszu zagrał go Przemysław Bluszcz.

K. posiada wszystkie cechy typowego macho, któremu wydaje się, że do niego świat należy i to on pociąga za sznurki. Używa kobiet do swojej rozgrywki, wykorzystuje je by osiągnąć upragniony cel – „Zamek”. Doskonała w każdym calu gra Bluszcza sprawia, że K. jest z miejsca przeze mnie nielubiany. Jest jak lis, jak wąż, jak hiena, która dla zdobycia kawałka mięsa jest w stanie poświęcić swoich bliskich.

– Nie lubię go – mówi Przemysław Bluszcz,  geometra K. – Jest naszpikowany wszystkimi negatywnym męskimi cechami. Krzywdzi kobiety, ale w konsekwencji sam zostaje skrzywdzony – zdradza aktor.

Sceniczna partnerka Przemysława Bluszcza, Marta Malikowska grająca Friedę, to wulkan emocji i energii. Nie można się na nią napatrzeć. Neurotyczna, piękna, dobra i zła, kochająca i niekochana, słaba i silna. Kobieca. Ona tak jak i K. dąży do czegoś nieosiągalnego. Próbuje być szczęśliwa, nie zawsze idąc prostą drogą. Przypadkiem wybiera K.,na swojego kochanka. Myśli, że da jej ratunek przed pustką, brakiem pewności siebie i Panem z Zamku. Z miłości zostaje kolejny raz skrzywdzona.

Przemysław Bluszcz, Marta Malikowska / fot.  Tomasz Żurek

– To trudna rola – mówi Marta Malikowska. – By zrozumieć Friedę trzeba być doświadczonym życiowo, przejść kilka trudnych związków. Ale jej emocje równie dobrze mogły być emocjami mężczyzny. K. jest zły, ale my, kobiety nie jesteśmy święte. Równie mocno potrafimy ranić, zdradzać i oszukiwać. Staram się w swojej głowie i na scenie odchodzić od podziału kobieta – mężczyzna. Ważny jest człowiek – zaznacza Malikowska.

W spektaklu poznajemy jednego mężczyznę i pięć kobiet. On myśli, że będzie trzymał je w garści, a one wiedzą, że on bez nich jest niczym. Poprzez kontakty z nimi ma nadzieję, że coś ugra, że załatwi swoje sprawy, że zdobędzie niezależność. One trochę wodzą go za nos, trochę używają jako punktu zaczepienia w dążeniu do realizacji swojego planu. Każda z kobiecych ról w „Zamku” to perełka.  Beata Rakowska – energiczna i kąśliwa Giza, ciepła, pragnąca awansu społecznego pokojówka Anna Błaut, troskliwa i pełna tajemnicy oberżystka Gardena – Elżbieta Golińska, czy wreszcie fantastyczna w swej roli skrytej, enigmatycznej klezmerki Olgi – Zina Kerste. O żadnej z nich nie da się powiedzieć złego słowa, ale też żadna nie dała mi tyle uczuć, co wyrazista rola klezmerki.  Zaraz po Marcie Malikowskiej i Przemku Bluszczu na prowadzenie w rankingu na najbardziej emocjonująca postać, wysuwa się więc Zina Kerste. Wiem, że będą chciała ich jeszcze oglądać. Jeszcze usłyszeć barwę głosu, zobaczyć drżenie ust, a w oczach strach i  tęsknotę za czymś lepszym, przeplatającą się z nutą radości.

W spektaklu czuć ducha Kafki, ale też na horyzoncie majaczy David Lynch. Scenografia Justyny Łagowskiej powala czerwonym cadillakiem, dystrybutorem benzyny i starym automatem telefonicznym. Całość, to dobrze skrojona historia drogi. Drogi człowieka do czegoś upragnionego. Do „american dream”. A przede wszystkim do wolności i bezpieczeństwa, o które każdy z nas walczy. Niestety, jak słusznie zauważył Tomasz Hynek, kompozytor rewelacyjnej muzyki do „Zamku”,  w przypadku tej ostatniej pary, jedno drugie wyklucza.

Autor | Sabina Misakiewicz

Fot. Tomasz Żurek