- KARTKA Z KALENDARZA - 22 LIPCA -


- REKLAMA -

Najnowszy film Pawlikowskiego nie cieszy się wielkim zainteresowaniem pośród polskich odbiorców. W weekend otwarcia kina odwiedziło zaledwie nieco ponad 85 tysięcy widzów.

Słaba frekwencja na seansach „Zimnej wojny” z pewnością przełoży się na wynik finansowy, który, no cóż, jeśli tak dalej pójdzie okaże się prawdziwą klapą. Budżet filmu wynosił 22 miliony złotych, nawet jeśli odjąć od tego 3 milionową dotację z PISF to i tak sytuacja nie prezentuje się zbyt pięknie.

W tym samym czasie co „Zimna wojna” na ekranach polskich kina pojawił się sequel „Jurassic World”, który przyciągnął na seans prawie dwa razy więcej widzów, bo aż 152 tysiące. Można by pokusić się o stwierdzenie, że niechętnie wybieramy się na rodzime produkcje, jednak takie „Kobiety mafii” to ponad pół miliona sprzedanych biletów w sam weekend otwarcia.

Film filmowi nie równy

Pytając nieco ironicznie: dlaczego filmy Vegi, które krytycy mieszając z błotem cieszą się większą popularnością niż „Zimna wojna” Pawlikowskiego, za którą otrzymał statuetkę w Cannes, a która zbiera świetne recenzje? Otóż, nie wiadomo… zwyczajnie może to być kwestia mentalna odbiorcy, który przełknąć może tylko jeden typ filmu, oczywiście – no offence.

Zdaniem Anny Pińczowskiej reprezentującej Opus Film – producenta „Zimnej wojny” – film radzi sobie całkiem nieźle. Po drugim weekendzie na obraz miało się wybrać aż 289 tysięcy widzów. Wynik nie powala, jednak jeśli producent spogląda na przyszłość filmu optymistycznie, to chyba wszystko w porządku? Otóż nie do końca.

Największy problem w tym, że większość rodzimych widzów gardzi polskim kinem błędnie twierdząc, że polskie filmy to tylko głupie komedie romantyczne z Karolakiem, a gdy ktoś pokusi się o ambitny obraz, który w dodatku zdobywa uznanie nie tylko krytyków, ale i na międzynarodowych festiwalach, to przechodzi niezauważony, ponieważ 15 zł (słownie piętnaście złotych) lepiej zainwestować w „Kobiety mafii” czy inny „Botoks”, niż produkcję, która coś sobą prezentuje.  

Choć możliwe, że cały problem leży w tym, że „Zimna wojna” opowiada o wielkiej miłości dwojga ludzi w czasach stalinowskiej Polski – lata 50. i 60., a nie prezentuje wymyślnych sposobów na zastosowanie rzeczownika „kurwa”. Życie, nie każdy może robić filmy cieszące się popularnością. Dla jednych pieniądze, dla innych nagrody na festiwalach.

PS. Zachęcam do wybrania się na seans, naprawdę warto.


Autor: Patryk Wolny