„Zjednoczone stany miłości” [RECENZJA]

Film Wasilewskiego nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem w Berlinie za scenariusz wciąż zdobywa zainteresowanie widzów. Jednym zapada głęboko w pamięć, inni bardzo chcą o nim zapomnieć. Nikt nie pozostaje obojętny.

 

Relacje znajomych, którzy widzieli film wcześniej ode mnie wskazywały na to, że łatwy nie jest. Że dość specyficzny, nie dla każdego. Nie dla każdego, czyli pewnie dla mnie. Bałam się tego seansu. Czułam, że emocje mogą być duże. Przyszłam więc dużo wcześniej, by zając dobre miejsce. By nikt nie usiadł obok. Jednak wciąż  ktoś siadał. Konsekwentnie zmieniałam rzędy by przyjąć ten obraz w samotności. Bez dźwięku chrupania popcornu i siorbania coca-coli.

Sytuacja zastana na początku jest niejako środkiem jakichś  zdarzeń. Pierwsza scena pozwala nam poznać trzy z czterech bohaterek tej brudnej i smutnej historii toczącej się po upadku muru berlińskiego. Kiedy w Polsce rodzi się nadzieja na lepsze czasy. Na lepszy samochód sprowadzony z Niemiec, dżinsy z Pewexu i taśmy VHS z wypożyczalni, które są odrobiną innego świata. Po kilku scenach jedne zaczyna się lubić, innych nie. Jedne pozwalają się z sobą zaprzyjaźnić, innym nawet się nie współczuje.

Film traktuje nie tylko o kobietach. Pokazuje, także męski punkt rozumowania, sposób traktowania kobiet. Brutalny, nieczuły, obojętny, bezosobowy. I one cztery w tym wszystkim same. Zdane same na siebie. Nierozumiane. Spojrzenie Wasilewskiego na tamten kobiecy świat przypomina nieco sposób narracji, jaki w swoich książkach stosuje J. L. Wiśniewski. Drąży emocjonalność  i kobiecy umysł, w taki sposób jakby sam był kobietą. To bardzo dotkliwe kino, bezkompromisowe, zerojedynkowe. Znakomity materiał na lekcję dla małżeństw z długim stażem, dla pozornie silnych kobiet, które dla ochłapu relacji z mężczyzną są gotowe poświęcić zbyt wiele. Zdolne zagłuszać swoją słabość przygodnym seksem w kiblu na dworcu. Dla innych od innych. Dla tych, które porzuciły marzenia.

 Zjednoczone stany milosci 3Film Wasilewskiego zyskuje dużo dzięki fantastycznemu prowadzeniu kamery przez rumuńskiego operatora Olega Mutu, która często prowadzona z ręki, idąca z bohaterem lub bardzo statyczna i zaglądająca w sam środek sprawy daje poczucia bycia w tym niechcianym polskim grajdołku, w tej lepkiej samotności, w jakiej tkwią właśnie Agata, Marzena, Iza i Renata.  Trzeba przyznać, że też dzięki pracy scenografów Katarzyny  Sobańskiej i  Marcelowi Sławińskimu oraz kostiumolog Marii Kalety w ZSM mocno czuje się nieświeży oddech postpeerelowskiej duszącej szarości i bylejakości. Dzisiejsze pokolenie trzydziestoparolatków doskonale potrafi odtworzyć w pamięci to pragnienie zmiany na lepsze, ucieczki, chęci poczucia wolności choćby poprzez zawieszenie nad łóżkiem plakatu z popstar. Każdy szczegół w tej produkcji jest dobrany w taki sposób, że nie czuje się fikcji, dogrywania, tricków filmowych. Znakomicie oddany klimat: blokowisko małego miasteczka z takimi samymi mieszkaniami, z meblościanką i brzydkimi kafelkami w łazience. Jakby nikt nie miał prawa do inności. Jakby każdy musiał mieć takie samo życie. Historie się przenikają. Poznajemy je w różnych odsłonach, z perspektywy innego bohatera. Każda jest inna, ale każda boli podobnie. Bohaterki spotykają się na klatce schodowej, w pracy. Mówią do siebie, ale nie rozmawiają. Nie zwierzają. Kłamią o tym jak szczęśliwe. Bo wiedza, że muszą. Przyznanie się do bycia nieszczęśliwą nawet przed najbliższymi – to samobójstwo. Dlatego stwarzają pozory. Chodzą w niedzielę na mszę do pobliskiego kościoła. Jedna z nich właścicielka wypożyczalni kaset, nie idzie tam dla Boga. Idzie z miłości, z szaleńczego pragnienia do pięknego księdza. Inna, dyrektorka miejskiej szkoły, maluje mocno usta i idzie by patrzeć na kochanka, który właśnie został wdowcem i prowadzi żonę w ostatnią drogę. Kolejna, nie wiadomo… może by czuć, że razem z tytułem wicemiss jeszcze coś jej pozostało. A ta ostatnia by patrzeć na piękną miss, której bliskość może zdobyć tylko dzięki podstępowi.

Zjednoczone stany milosci 4

Zjednoczone stany miłości, to aktorski majstersztyk. Sama obsada już gwarantowała Wasilewskiemu sukces. Wszystkie role są warte zapamiętania. Krwiste, namacalne, z pewnością zapiszą się w historii kina polskiego. Kobiece role u Wasilewskiego to akt największego poświęcenia. Genialne Julia Kijowska i Magdalena Cielecka. Nieoddające im pola Marta Nieradkiewicz i Dorota Kolak. Bolesne, zaciskające zęby i pięści. Wydobywające niekontrolowane dźwięki. Aktorstwo, na jakie chce się patrzeć. To są gwiazdy! To są Gwiazdy! Nie można jednak pominąć żadnego z panów. Ani Andrzeja Chyry, który nie schodzi poniżej swojego utrzymywanego od lat poziomu. Nie można zapomnieć Łukasza Simlata trzymającego się w czołówce moich ulubionych aktorów ani Tomasza Tyndyka, którego uwielbiam na scenie i nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę go w dużej, wspaniałej roli kinowej.

Zjednoczone stany milosci 2

Zjednoczony Stany Miłości trzeba zobaczyć. By spróbować zrozumieć, dlaczego bliska osoba milczy, dlaczego sąsiadka wciąż podgląda życie innych, dlaczego niezależna kobieta przestaje być niezależna, dlaczego miejscowa piękność… Właśnie dlatego.

Autor | Sabina Misakiewicz

Film obejrzałam dzięki uprzejmości Multikina