Zombie i ZOMO we Wrocławiu | Robert J. Szmidt, Szczury Wrocławia. Chaos

Zastanawialiście się kiedyś, co wyszłoby z przeniesienia szczycącej się rosnącą popularnością tematyki zombie do Polski? A co, gdyby hordy nieumarłych wprowadzić do realiów wrocławskiego PRL-u? Tego pytania nie zadawał sobie Robert J. Szmidt, on po prostu to zrobił. I to jak zrobił!

Wydane przez wydawnictwo Insignis „Szczury Wrocławia. Chaos” przenoszą nas do roku 1963, kiedy na terenie stolicy Dolnego Śląska szalała epidemia czarnej ospy. Jak łatwo się jednak domyślić, to nie ona staje się tematyką powieści. Sama książka zaczyna się niewinnie, od rzekomego romansu jednego z milicjantów, Patryka Mielecha z obsługującą zlokalizowane na Psim Polu izolatorium dla zakażonych pielęgniarką – Agnieszką Krokowicz. Po kilku stronach jednak, Szmidt daje nam obraz tego, jak wyglądał będzie każdy kolejny przeczytany wers. Uśmiercenie pielęgniarki i zrujnowanie „kolejnej opowieści o walczących z zombie, którzy w ciężkich czasach potrafią się kochać” jest najlepszym sposobem na pokazanie, że nie będzie tu miejsca na sielankę.

I nie ma. W ciągu 24. godzin, które opisuje książka, akcja jest wartka, a sama epidemia, co często bywa drażniące przy tego typu produkcjach, nie zostaje odsunięta na bok, ustępując miejsca długim opisom przemian zachodzących w człowieku. Szmidt, jak przystało na ojca polskiej post-apokalipsy, prowadzi akcję w sposób, który bez reszty wchłania czytelnika. Mimo sporego nacisku na kontakt z zombie i ukazanie okrucieństw, jakie niesie za sobą błyskawicznie rozprzestrzeniająca się epidemia, nie brakuje tutaj miejsca na ukazanie rzeczywistości, w jakiej przyszło żyć obywatelom Polski Ludowej. Władza jest tutaj surowa, a życia jednostki nigdy nie stawia się ponad dobro ogółu. Wśród wstrząsających, jeżących włosy na karku scen rodem z najstraszniejszych filmów z tego gatunku, autor znalazł chwilę na zastanowienie się nad ponadczasowym problemem – czy rozkaz wydany przez dowódcę zwalnia żołnierza z odpowiedzialności?

Wielką zaletą „Szczurów Wrocławia” jest ukazanie w nich rzeczywistych miejsc, z którymi na co dzień możemy spotkać się spacerując ulicami miasta. Strażacka remiza na ul. Krakowskiej, Lotnicze Zakłady Naukowe na Psim Polu, Cmentarz Osobowicki – to tylko część miejsc, z którymi przychodzi nam zetknąć się przerzucając kolejne kartki, chłonąc kolejne akapity. I o ile dla przeciętnego czytelnika, będą to tylko kolejne elementy świata przedstawionego, tak wrocławianie z całą pewnością, w trakcie przechadzek zwrócą uwagę na budynki, place, gdzie toczyły się bitwy pomiędzy oddziałami ZOMO, a przemienionymi w przerażające monstra zabitymi.

„Szczury” uczą nas także, że podobnie jak w każdej wojnie, tak i w starciach z zombie nie ma miejsca na skrupuły. Na taką ewentualność, być może podświadomie, przygotowuje nas Szmidt, w którego książce nie znajdziemy jednego czy kilku głównych bohaterów, wokół których toczy się akcja. Trup ściele się gęsto, a bohaterowie, do których przez kilka rozdziałów zdążymy się przyzwyczaić, często giną szybciej niż moglibyśmy się tego spodziewać. Pozwala nam to niejako wczuć się w panującą na ulicach sytuację i wyobrażać sobie, że i my za chwilę możemy paść ofiarą krwiożerczych bestii.

Książka Roberta Szmidta, spośród innych tytułów tego gatunku wyróżnia się jednak przede wszystkim umiejscowieniem akcji w czasie początków apokalipsy. Większość autorów, jak chociażby twórcy dobrze znanego serialu „The Walking Dead” skupiają się na wydarzeniach, dziejących się już po tym, jak zombie opanują miasta, wsie i lasy. Tutaj, przedstawiono nam początek tego, co znamy właśnie z tego typu powieści. Do wyobraźni przemawia walka, którą stoczyć musieli ludzie, zanim nieumarli, zwani też przez Szmidta „szwędaczami” rozprzestrzenili się po świecie w poszukiwaniu kolejnych ofiar.

Przy kreowaniu umieszczonych w świecie PRL-owskiego Wrocławia postaci, Szmidt posłużył się niecodziennym zabiegiem. Na swoim fanpage’u ogłosił swoisty casting do „obsady” książki. Spośród kilku tysięcy zgłoszeń, wybrał ponad dwieście nazwisk, którymi opatrzył ginące postaci. Któż bowiem nie chciałby przeczytać swojego nazwiska w kontekście rozerwania przez rządne krwi potwory? To z pewnością doskonały chwyt marketingowy, który podsycił zainteresowanie pierwszym tomem „Szczurów Wrocławia”.

Podsumowując, książka Roberta Jerzego Szmidta to pozycja trzymająca w napięciu, doskonała dla osób lubiących fantastykę. Mimo dość kontrowersyjnej tematyki, za którą przepada wciąż wąskie grono odbiorców, lektura powinna przypaść do gustu wszystkim tym, którzy lubią wartką akcję i rozrywkowe podejście do literatury. Osobiście z niecierpliwością oczekiwał będę kolejnych tomów i przedstawionych w nich losów zmagających się z apokalipsą wrocławian.

Autor | Łukasz Burzyński