Romeo Castellucci swoim spektaklem „Zstąp, Mojżeszu” wywarł na mnie ogromne wrażenie. Składa się ono z kilku odczuć: bezradności, przerażenia, zachwytu, zwątpienia i nadziei. Z tą nadzieją mnie pozostawił – pisze Sabina Misakiewicz.

Olimpiada Teatralna  otworzyła kolejne  drzwi wrocławskiej publiczności do kontaktu z światowej klasy teatrem. Wśród znakomitych reżyserów  znalazł się Romeo Castellucci ze swoim „Zstąp, Mojżeszu”. Spektakl ten, to poetycki obraz bardzo w swojej formie filmowy. Sceny, które następowały niczym kadry wyjęte z ciekawej fabuły, dzieją się za białym, przezroczystym ekranem, dając dodatkowe poczucie sali kinowej.

Wchodząc na widownię zastałam aktorów już w trakcie akcji. Zachowywali się wszyscy jakby byli  eksponatami w muzeum i każdy mógł obejrzeć każdego. Sprawdzić jak działają jego dłonie, ramiona głowa. Elegancko ubrani, skupieni na tym, jak poruszają się inne muzealne dzieła przemieszczali się z miejsca na miejsca. Poprzez głośną muzykę od czasu do czasu przebijał się dźwięk przypominający dogłos łamanych kości.

Po blackoucie moją uwagę przykuła biała maszyna z dwoma silnikami napędzającymi kręcącą się turbinę.  Z sufitu na sznurkach zjechały długowłose peruki i jedna po drugiej wpadły w  pęd maszyny. Dając się jej wkręcić boleśnie i nieodwracalnie w jakiś nieznany  system. Dawało to poczucie, że ponad mną jest coś, na co nie mam wpływu. Coś, co jest silniejsze i w każdej chwili może mnie wchłonąć.

Hałas cichnie i dźwięki zmieniają się z tępych, przemysłowo-mechanicznych w odgłos miejsca użyteczności publicznej. Być może jest to centrum handlowe bądź kino. Przed oczami mam obraz toalety a nad nią pochyloną kobietę. Po kilkudziesięciu sekundach zauważam, że krwawi. Pierwsze skojarzenie prowadzi mnie do poronienia. Kobieta próbuje tamować krwotok, wyciera krew z siebie, z podłogi, ściany. Ona jest przerażona i ja. Nieodwracalność sytuacji w jakiej się znalazła jest przytłaczająca. Kobieta próbuje do kogoś zadzwonić, lecz bez rezultatu. Wyczerpana, cała we krwi i bólowych drgawkach pozostaje na brudnej posadzce w miejskiej toalecie. Z sukienką podciągniętą do pasa, bez bielizny. Ta sekwencja trwa i trwa nieznośnie długo. Aż budzi się we mnie jakaś niezgoda, a zarazem bezsilność.

Pierwsze zdaje się słowa tego spektaklu padają, gdy w kolejnej scenie wynika, że kobieta z toalety nie poroniła a urodziła dziecko. Jego głos dobiegał ze śmietnika. Można odnieść wrażenie, że rzecz dzieje się zbyt irracjonalnie. Kobieta zamiast na szpitalnym łóżku z kroplówką ląduje w komisariacie. Przyglądają się jej bezduszni policjanci, psycholożka i przesłuchujący mężczyzna. Jego język jest ograniczony do wydawania poleceń i zadawania pytań. On sam właściwie chce już mieć to zdarzenie z głowy. Postawa cierpiącej kobiety zawiniętej w koc i wciąż krwawiącej jest zamknięta. Nie ma dla niej litości. Przecież wyrzuciła dziecko. Urzędnicy próbują dowiedzieć się gdzie je wyrzuciła. Jednak nie dostają odpowiedzi. W zamian za nią, poetycką opowieść o tym, że jedynym wyjściem dla tego dziecka było danie mu wolności. Wypuszczenie go z rąk machiny, w którą każdy nowy człowiek bezwiednie zostaje wkręcony. A bohaterka chce by jej dziecko było jak biblijny Mojżesz.

Kończące sceny spektaklu mieszają się. Bohaterka zostaje poddana badaniu rezonansem magnetycznym i w metafizyczny sposób przenosi obraz do prehistorycznej jaskini. Tam mężczyźni ucztują siedząc w kucki. Odrywają kawałki mięsa nie zwracając uwagi na resztę otoczenia. W nikłym świetle ukazuje się kobieta – pramatka z niemowlęciem. Dotyka go i przytula, całuje i przystawia do piersi. Maleńkie ciałko jest bezwładne i przelewa się przez ręce matki. Rozpacz kobiety jest zachowawcza, wsobna. Jakby z góry skazana na porażkę. Ciało dziecka trafia do wykopanej przez nią dziury w ziemi, zasypane i przykryte kamieniem. Życie w jaskini toczy się dalej.  Ktoś umarł, ktoś się urodzi. Bo taki jest świat. Natura działa według swoich prawideł. Mężczyzna chwyta zatroskaną kobietę, układa w dogodnej dla siebie pozycji i bez wielkich ceregieli przechodzi do mechanicznego aktu seksualnego. Wstaje i odchodzi zostawiając kobietę samą sobie. Przepiękna i głęboka sekwencja kończy się wielkim napisem S.O.S. na delikatnym ekranie sceny. Pramatka woła o pomoc. Uderza otwartą dłonią próbując przebić się przez wygłuszającą ją warstwę materiału z nadzieja, że ktoś ją usłyszy. Olbrzymi hałas uderzeń wyrywa z zapatrzenia w prehistoryczną, cierpiącą na losem wszystkich kobiet świata istotę.

Romeo Castellucci zabrał mnie w emocjonalną, wstrząsającą i tragiczną zarazem podróż. Podróż filmowo-baśniową. O kobiecie. O jej walce o samą siebie. O nadziei, którą w tej walce trzeba mieć.

Autor | Sabina Misakiewicz

23.10.2016

  • Zdjęcie | Maciej Zakrzewski / Olimpiada Teatralna