Dlaczego płaczemy po ludziach, z którymi nie zamieniliśmy w życiu nawet jednego słowa? Bo czasami mówiliśmy jednym głosem nawet, jeśli te głosy się nigdy nie spotkały.

Widziałam go trzy lata temu na pierwszym, jedynym i ostatnim koncercie, jaki Soundgarden zagrało w Polsce. Niewielka scena postawiona na trybunie ośrodka sportowego w Oświęcimiu. Pięć, może sześć tysięcy ludzi przed sceną. Praktycznie kameralnie jak na grupę, która zapełnia piłkarskie stadiony. Ale Chris chciał tam zagrać. Właśnie tam, kilka kilometrów od bramy z napisem „Arbeit macht frei”. Ze sceny mówił o tym, jak ważne jest życie. Szczególnie ważne w takim miejscu jak to, miejscu skalanym śmiercią.

A teraz go nie ma. Zniknął jak plakat ze ściany mojego pokoju w rodzinnym domu. Jak płyty Soundgarden i Audioslave, które nieopacznie pożyczyłam, by nigdy nie dostać ich z powrotem. Znaleziony martwy w łazience hotelowego pokoju. Chcę wierzyć, że to serce mu pękło, a nie on. Bo był zawsze na krawędzi, balansując na linie pomiędzy być a już nie być. Znałam te jego wahania od zawsze. „Fell on black days” to niemal kliniczny zapis ostrej fazy depresji. Już się nawet tych czarnych dni nie boi, już przed nimi nie ucieka. Rezygnuje. I w tej rezygnacji mówi tylko, że nie miałby nic przeciwko zmianie. Powtarzałam te słowa w głowie dziesiątki razy widząc, jak świat zapada mi się przed oczami. Chcąc wiedzieć, czy właśnie takie przeznaczenie jest mi pisane.

Pierwsze dźwięki „Fell on black days” zagrane na koncercie zadziałały jak wehikuł czasu. Ocknęłam się o 20 lat młodsza i w świecie, z którego pragnęłam uciec. Wszystko było połączone. Teraźniejszość i przeszłość, ja, oni, ten dźwięk. Czas zatoczył koło.

Później, odwożąc co rano dziecko do przedszkola, słuchałam ostatniej płyty Soundgarden „King Animal”. Jest tam taka prosta piosenka, niemal nudna jak na dorobek Soundgarden, czyli „Halfway there”.  Wybijając rytm na kierownicy powtarzałam ostatnie wersy: Czy masz samochód i miejsce by spać? Kogoś, kto cię kocha, coś do jedzenia? Powiedziałbym, że wiedzie ci się lepiej niż większości, choć może nie tak dobrze, jak niektórym”. Nuciłam to pod nosem myśląc, że udało się nam. Po prostu udało. Czarna dziura wypuściła nas ze swego uścisku i chociaż zapłaciliśmy słono za życie, to nasze sny się ziściły.

A teraz go nie ma. Zostawił ciało na podłodze hotelowej łazienki i zniknął. Żegnaj przyjacielu. Będzie mi ciebie brakowało.


Festiwal Dramatu STREFY KONTAKTU